• Wpisów: 437
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis: 27 dni temu, 09:11
  • Licznik odwiedzin: 100 516 / 1032 dni
 
millscape
 
Kolejna wolna informatyka, więc korzystam, bo tylko taka lekcja może mnie zmotywować, aby napisać piękną, naszpikowaną spoilerami, recenzje. Chciałabym się jeszcze zrealizować wish list, ale to raczej jutro, więc dzisiaj zjem sobie kawałek ciasta z okazji imienin. Hu, hu
Zaczęłam od drozda, ponieważ był bardziej kultowy, poza tym bulwar źle mi się kojarzył, więc zostawiłam go na koniec. Niecałe dwie godzinki, nie jest źle, miałam mniejsze oczekiwania od tamtej. I tak od razu, dużo bardziej mi się bardziej podobało. Dlaczego? Najwyraźniej lubię psychiczne relacje. Film opowiadany był w formie pamiętnika przez faceta, który okazał się, że nie żyje, bo go jego sponsorka zabiła. To nawet nie jest spoiler, wiemy ów fakt od początku filmu, co jest dziwne, niespójne, nienormalne. W każdym razie ten facet pracował jako reżyser, był zadłużony, aż pewnego dnie trafia pod willę (od tego miejsca powstał tytuł filmu), wyglądającą na opuszczoną, spotyka tam diwę, która na wieść o jego zawodzie, chce go zatrudnić. Jest już przeminiętą gwiazdą, lecz nie można jej odmówić braku pieniędzy. Funduje temu gościowi wszystko, ubranie, pokój, wszystko, co chce.  Diwa jest samotna i ma problemy o podłożu psychicznym. Mieszka ze swoim kamerdynerem, który w dalszych minutach okazuje się jej byłym mężem, ciągle ją kocha i nie chce pozwolić, aby dotarła do niej smutna prawda. I tak naprawdę widzimy rozwój relacji pomiędzy scenarzystą, a diwą. Wydawałoby się, że relacja kwitnie,kochają siebie, są ze sobą szczęśliwi, scenarzyście początkowo to pasuje, lecz nie chce ją dłużej karmić kłamstwem i pewnego dnia odchodzi, chce odejść, ale dostaje strzał i wpada do basenu.
Film jest taką retrospekcją, gdyż poznajemy historię, jak doszło do takiego rozwiązania sprawy, fajny zabieg, ale np, ja przez to nie czułam zżycia z głównym bohaterem, tym bardziej, że jak najęty lektorował sobie. Fabuła raczej monotonna (przebita mocniejszymi uczuciami, jak zazdrość i, jak domniemam, skupiona na budowaniu atmosfery tej willi. Na muzyce się nie skupiłam, czyli dobrze współgrała, lecz też nie była wybitna. Film z tych czarno-białych, ale jak teraz wracam wspomnieniami, to mój mózg zapomniał ten fakt i mi niektóre sceny podkoloryzował. Do zjedzenia, raczej nie wzbudził we mnie żadnych skrajnych emocji, toteż nie potrafię się za bardzo rozwodzić. Złożoność charakterów głównych bohaterów też nie powalała i niektóre wybory bohaterów przewidywałam kilka minut przed.
Obejrzeć można, ale raczej nic więcej nie wyciągnięcie, żadnego drugiego dna czy coś. Może jedynie tyle, że nie warto ufać starszym, zamożnym diwom.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków