• Wpisów:370
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:wczoraj, 20:31
  • Licznik odwiedzin:78 653 / 846 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Powinnam powtarzać, ale mi się nie chce. Mi się tak cholernie nie chce. Nie mam motywacji. Wpadła przed chwilą 4+ z kartkówki z historii (ja pierdolę) i z jebanej wiedzy o kulturze 4. Czemu to jest tak pojebane. Czemu ja jej tak nienawidzę. Czemu wszystko niszczy. Jakim prawem inni niszczą moje życie?
Akurat idealnie się wbiła, jest starą jędzą, która widzi swoje przedmioty i nie potrafi uznać, że ktoś jest lepszy od niej. Chwaliła plamy, chwaliła debilizm. A mi skrytykowała; to nie należy do hiperrrealizu, bo nie jest w kolorze. Słucham? Kolor to pojęcie względne, które leży w sferze odczytywania przez nasz mózg. Co mają powiedzieć daltoniści? Rysunki w szarościach są najbezpieczniejsze. Są dla każdego. Niech stuli ryj.

Wykonany został na formacie A4 w zeszycie w kropki, który dostałam od ojca. Cieszę się, że mi go odpalił, a reszta przyborów standardowa. Tona ołówków (Cretacolor), wiszery, niezawodna gumka w drewnie(koh-i-noor) i żelopis (sakura ale zaledwie kilka pociągnięć na włosach). Wyszedł mi zajebiście. Zmuszam się, aby to napisać, ale to nic nie zmieni, przecież mam odwiecznego pecha i czyjaś morda z filtrem psa zdobędzie kilkaset razy większy odzew niż ten portret. Taka prawda :')

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Znowu sobota. Ugh.. 15 tygodni za mną. To ponad 1/4 roku, aż niemożliwe. Tak samo jak niemożliwe jest, jakiego mam pierdolonego pecha w życiu i jak mam wszystkiego dość. Ten blog zamienia się w gówno. W moje wylewy dotyczące życia. Ale co ja mam na to poradzić, że jest tak chujowo? Z tego wszystkiego kupiłam 6 czekolad. Może komuś dam, może się podzielę, ale najprawdopodobniej zeżrę sama, bo jak inni chwytają za papierosy, alko i narkotyki, to ja biorę słodycze, aby się uspokoić. Tyle pisałam sprawdzianów, a nauczyciele nie kwapią się, aby je poprawiać. Jestem tak z siebie niezadowolona, tak na siebie wcięta, że nie wiem co oberwie pierwsze ani kto.
♦5 ze sprawdzianu z geografii. Punkt do szóstki. Jebany jeden punkt, który można było mi naciągnąć.
♦5 ze sprawdzianu ze średniowiecza z polskiego. Polski to loteria. Pieprzona loteria, w którą albo się wbijesz, albo wypierdalaj.
♦4+ z polskiego z innej pracy. Mogę skomentować tym samym 0.5 punkta do piątki.

Jebany tydzień, po którym jestem cholernie zmęczona. Nie mogę nawet w weeken odpocząć. W tygodniu mi się ryczeć chciało. Mam ochotę sobie przypierdolić. Nic nie idzie tak, jakbym chciała, nic. Nie podoba mi się to życie. Nie podoba mi się to, że kolejne drzewa ścinają, że pierdolone instytucje wyższe zabierają mi tyle czasu, a w zamian nic nie będę miała. Nie podoba się to, że wymagają ode mnie bycia patriotką i bycia obeznaną we wszelkiej polityce. Nie podoba mi się to, że w piątek musiałam siedzieć do 16 (lekcje kończyłam o 12.40) i być obiektem wyśmiewania wykładowcy. Bo co? Bo musi mi pokazywać w ilu językach mówi? Bo nie może strawić tego, że wolę rysować mandalę, niż go słuchać? Bo uważa, że każdy powinien podniecać się, kiedy mówi o faktach historycznych? Bo co? Nawet nie wiem o co mu chodziło, odpowiedziałam na jego pytania; potem powtarzał to co ja mówiłam. Kurwa, chciałam mu wpieprzyć, że nie można nikomu ufać, a wszelkie pakty i obietnice są gówno warte, że wszystko i tak obróci się przeciwko nam. Ze wszyscy sobie kiedyś pójdą. Jestem przyzwyczajona, że całe życie jestem sama i że zajebiście mi z tym. Jestem przyzwyczajona, że wszyscy mnie opuszczają, a ja nie mam siły przebicia, więc apeluję do niego, żeby się ode mnie odpieprzył, bo nie ma pojęcia jak jego niewinna gierka obraca się w mojej głowie. Dziękuję. Jak, nie daj Boże, znowu przyjdzie na wykłady, to z chęcią się z nich zerwę, bo ta wiedza historyczna mnie nie obchodzi. Wszyscy dają takie same, mało przekonujące argumenty.
W dodatku w przyszłym tygodniu mam dwa sprawdziany: z chemii i z matematyki. I jeszcze się uparłam, aby poprawiać tą 4 z fizyki. Będę musiała iść na 7.15, bo starej babie się nie chce poczekać po lekcjach -.- W jakim ja świecie żyję. Udowodnię wszystkim i to poprawię, choćby nie wiem co...
Tak mam straszny czas. Wstyd mi za moje zachowanie, ale tak jest i nie chcę ukrywać, że jest źle, że mam dosyć i brak mi sił. Ja się szybko wykończę.

7 din do wigilii
 

 
Niektórym się podobają moje mandale. Tylko szkoda, że niektórzy także nie potrafią zrozumieć, że jest to inna forma niż rysunki hiperrealistyczne i nie powinno się ich do siebie przyrównywać. To takie irytujące, kiedy ktoś z niesmakiem się na to patrzy. Chciałam skończyć rysować mandalę na wykładach, ale nic z tego nie wyszło. Spokojnie, na pewno opowiem w podsumowaniu tygodnia. Obiecuję.
Tymczasem stwierdziłam, że będę kontynuować mandale motywem liter. Było A, to teraz B. Chciałam kontrast, więc:
-fioletowy nr 11
-lila nr10
-morelowy nr 24
-bananowy nr 23
Wyszło całkiem fajnie, ale to też raczej nic nowego. Potrzebuję jakiegoś kopa, jakiś fajnych wzorów. I tym się zajmę w przerwie świątecznej. Na razie to jest ból i zgrzytanie zębów. Bo chuj, w ten weekend sobie nie odpocznę, bo po co?
 

 
Już minął 14 tydzień. Wiem, że ciągle narzekam. Że to 13 był pechowy, 14 także był ciężki, a nadchodzący, 15, jest jeszcze gorszy. Niby nie powinnam narzekać. Za chwilę studia, za chwilę będę jeszcze bardziej cierpieć, nie wspominając już o czasie pracy, którą widzę w czarnych barwach. Dlatego staram się jak najbardziej spowolnić ten czas, dając sobie zastrzyk energii: 3 paczki paluszków krakusków, 2 paczki happy cakes, chałwa pierniczkowo-pomarańczowa i rurki z nadzieniem o smaku pieczonego jabłka. Robię zapasy :P
Co do ocen, to nie było szału, ale też tragedii też nie było:
♠6 z poniedziałkowej kartkówki z matematyki
♠6 z piątkowej kartkówki z matematyki
♠6- z pracy z informatyki, gdyż myślałam, że przypis dolny i stopka to to samo; no i tym sposobem trochę odbiło mi się to na ocenie
♠5 z edb za swego rodzaju "aktywność". Nareszcie moje edb nie cierpi na brak ocen. Podobno nie mam się czym martwić, bo u tego faceta standardem jest piątka i nie mam liczyć na nic wyżej
♠4 z fizyki. I to jest bardzo długa historia. Bo ogólnie umiałam wszystko śpiewająco. Śpiewająco. Perfekcyjnie. Nawet tata to potwierdzał, a ona zapierdoliła tyle zadań, że prawie nikt sobie nie dał rady. I tak mój wynik był jednym z lepszych. Poprawiam w każdym razie, zobaczymy co z tego wyjdzie.

I tak, pozaliczałam kilka rzeczy, nadrabiam rysowanie. Właśnie kończę portret, ale on niestety pojawi się stosunkowo późno, gdyż światło jest do dupy, a ja w dodatku do końca tygodnia kończę cholernie późno. Wychodzę z domu-jest ciemno, wracam do domu-jest ciemno. I jak tu człowieka mają złapać jakiekolwiek chęci, kiedy pochmurno, szaro,brzydko? I brak chęci. Nasz grupa chociaż załatwiła sprawdzian z woku. Jupi!!! Kolejny projekt za mną. I od razu głowa lżejsza. Podeszłyśmy do niego spontaniczne, wszystko poszło zgodnie z planem, od przedszkola nawet dostałyśmy swego rodzaju dyplom. I fajnie. Jeszcze napisać jakieś sprawozdanie. I będzie git. Lubię odhaczać kolejne punkty. To takie satysfakcjonujące. Niestety poza tym, to nic nie zrobiłam. Tylko wrednie się leniłam. Wczoraj sobie jeszcze w Minecrafta pograłam. Bardzo lubię. Chciałam coś obejrzeć, ale sumienie mi niestety nie pozwalało i nic z tego nie wyszło. Czeka mnie jakieś 5 sprawdzianów, jak nie więcej i od chuja kartkówek. Mam już dosyć.

14 dni do wigilii
 

 
Nigdy nie jest za późno, aby nadrabiać bajki. NIGDY. A że gnijąca panna młoda pojawiła mi się w proponowanych, po obejrzeniu Korainy, więc dlaczego by nie?
Tima Burtona zapewne większość kojarzy. I naprawdę stosunkowo niedawno zgłębiłam jego twórczość, czy bardziej zorientowałam się o kogo chodzi. Kiedy jeszcze z rok (ponad) temu oglądałam "style challenge", to niewątpliwie styl Tima Burtona się powtarzał, aj nie miałam pojęcia o kogo chodzi. Zdarza się.
Dlatego to nie jest wcale dziwne, jeśli powiem, że mogę darować komentowanie animacji, gdyż była świetna. Dodawała uroku i klimatu. Bardzo przyjemnie się na nią patrzyło. Owszem, znajdą się osoby, które powiedzą, że jest taka sama (znowu przesadnie długie nóżki, przeogromne oczy), a negatywne postacie są wręcz tak zniekształcone, że brzydkie. Ale o to w tym chodzi. Aby negatywnych bohaterów przedstawiać źle, a pozytywnych-dobrze. Dla dzieciaków to dobry zabieg. Jednak zaznaczę, iż nie jest to moja ulubiona ani też nie chcę piać zachwytem, jak inni. Po prostu odwalili świetną robotę.
Oprócz wizualizacji jeszcze dźwięk. Było naprawdę wiele wpadających w ucho piosenek, które, niestety, opowiada znaczną część fabuły, w tym historię Emily (GPM). Mówię niestety, gdyż ich nie przetłumaczyli. Nie dali także napisów, więc nie wiedziałam o co chodzi, dopiero potem się czegoś domyśliłam. Ale ogółem muzyka również na plus.
Fabuła także ciekawa, TROCHĘ kojarzy mi się z Romeo i Julia. Ogółem mamy Victora Van Dorta, który ma poślubić Victorię Everglot. Oczywiście jest to kwestia ratowania majątku i tak dalej, a nie prawdziwej miłości, choć koniec końców bohaterowie przypadli sobie do gustu i się w sobie zakochali. Jednak nasz Victorek, trochę nieporadny, nie potrafił wypowiedzieć słów przysięgi, więc ślub się nie mógł odbyć, więc poszedł do lasu i tam ćwiczył recytację formułki. Kiedy w końcu odniósł w tym polu sukces, to się okazało, że się oświadczył zmarłej Emily-została zamordowana w dniu ślubu. Ona nie daje sobie przemówić do rozumu, wszystko planuje, a Victorowi, w ramach prezentu ślubnego, daje pudełko z kośćmi psa Victora, Kostusia. Kostek ożywa i scena jest taka wzruszająca ♥ Niestety chłopak nie może się uspokoić i zaakceptować wszystkiego, więc proponuje Emily, aby zapoznała się z jego rodzicami. W tym celu zostawia dziewczynę, a sam ucieka. Dostaje się do pokoju Victorii; chce jej wszystko wytłumaczyć, lecz zniecierpliwiona GPM idzie jego tropem i zaciąga z powrotem do Umarlaków, przyłapując go na zdradzie. Jako, że pan młody zniknął, Wiktoria ma kłopot, a jej rodzice decydują, że wyjdzie za Barkinsa. Victor dowiaduje się o tym przez woźnicę, który zmarł. Z kolei Emily dowiaduje się, że rzekomy ślub jest nieważny, bo jest on "dopóki śmierć nie rozłączy, więc musi zabić Victora. Jednak nie chce tego robić, ale Van Dort się na to godzi-mysli, że stracił szansę na Wiktorię. Mają już zawrzeć ślub, ale Emily zauważa Wiktorię i nie chce zabierać jej szczęścia. Do kościoła wparowuje Barkins, który okazuje się być mordercą i narzeczonym GPM. Jednak wszystko się układa-Barkins sam siebie zabija, nieumyślnie wypijając truciznę przeznaczoną dla Victora, z kolei Victor tworzy związek z Victorią, a Emily odchodzi w spokoju.

I to tak w skrócie-miałam ochotę napisać stresczenie. Nie miałam głębszych przemyśleń-podobał mi sięi tyle. Miło spędziłam czas i polecam.
 

 
Kolejna mandala do kolekcji :D Nic nie poradzę na to, iż tak je lubię. Tym bardziej, że na powrót staję się buntownicza i sobie rysuję na lekcjach. Popełniam tym zbrodnię.
Chciałam jakąś tęczową mandalę. Cofam, po prostu dzisiaj rano chwyciłam z szuflady pierwsze, co miałam pod ręką i machnęłam siatkę do mandali. W dodatku nie mogłam znaleźć kątomierza, więc musiałam sobie radzić z konstrukcją dwusiecznej kąta.
Jako pierwsze chwyciłam żelopisy z Pepco, a że brokatowych mam więcej niż neonowych, to zdecydowałam się na brokat. Wszystko było śliczne, wykąpane w srebrze, dopóki się nie zorientowałam, że ów brokat zaczął najzwyczajniej w świecie, odpadać. Więc zanim zmazałam, a raczej próbowałam zmazać, siatkę, to cyknęłam fotkę, a następnie, z niemałym przerażeniem, stwierdziłam, że zaschnięty tusz uniemożliwia mi starcie grafitu. Więc świetnie. Musiałam się pogodzić z prześwitami szarego, no ale ogólnie wzrok jest od tego odciągnięty, bo mandala, moim skromnym zdaniem, wyszła ślicznie.
 

 
Nareszcie coś się mi udało. Na początku przypominam, że wpis może być chaotyczny itp. itd.


Do tego wyzwania zabierałam się długo i planowałam je wykonać w tym roku. W październiku uznałam, że już najwyższy czas i jest to jeden, z wielu pomysłów, co może mi pomóc pogłębić zarys kaloryferka. Poza tym Nutelia z http://porcelainange6l3.pinger.pl/ Wstawiła również grafikę z owym wyzwaniem, więc już sobie nie odpuszczałam, zapisałam, a następnie przepisałam pułapy do kalendarza.
Na początku schodów nie było w ogóle-bowiem mięśnie brzucha mam silne i nawet boki zarysowane fajnie, jak na dziewczynę, która je dosyć niezdrowo, ale i nie ponad limit kaloryczny, więc do bycia na masie jej daleko. Jakoś ten plan mi się przypasował i koniec końców wykonałam dzień po dniu wszystko, bez oszukiwania. Zmieniałam tylko pomiędzy deską na przedramionach, a deską na dłoniach (podobno ta wersja prostsza). I stwierdzam... Nie nadaję się do tego! Gdyż owszem, wytrzymywałam zamierzony czas, ale jak mnie przy tym odcinek lędźwiowy bolał! Jak mnie ręce bolały! Nie mówiąc o drętwiejących palcach. Nie ważne, przy której wersji.To jest dramat. I albo ja coś robię źle, albo nie mam kompletnie wyrobionych innych mięśni (obie odpowiedzi prawdopodobne). Efekty. Efektów nie widzę. Może mam ciut silniejsze te mięśnie, ale nic bardziej zewnętrznego. Nie dziwię się temu, gdyż jak mam oczekiwać zmiany w obrębie czegoś, czego nie czułam? Akurat to, co powinnam w ogóle nie bolało -.- Dramat, ale przynajmniej mam satysfakcję, iż mogę z czystym sumieniem chwalić się, że umiem zrobić 5 minut deski. Tylko na pokaz nie potrafiłabym. Nie mam zamiaru jeszcze z tego rezygnować: może jak będę powtarzała ćwiczenie, to ból w innych częściach ciała minie, miejmy nadzieję.
Planowałam wstawić zdjęcie, aby było ładnie, profesjonalnie, ale nie potrafię robić ładnych zdjęć. Meh... Jestem dosyć biała, więc aby cokolwiek było widać, to muszę coś zrobić aby pod odpowiednim kątem padało na mojego abs sporo światła pod odpowiednim kątem. Jak już to uzyskałam, to apart wygładził te cienie.
Także. Średnio polecam z mojej strony. Chyba będę się w dalszym ciągu katować brzuszkami, bo to wychodzi mi najlepiej.
  • awatar rozpisana94: A ja to wyzwanie robiłam, też gdzieś mam na blogu wpis i nie ukrywam - brzuszek mi się poprawił :D Lubię je, bo pokazuje, jaką wieczność trwa minuta xD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jak ja uwielbiam piątki (Friday L♥ve), tak nienawidzę niedzieli wieczorem i myślenia o kolejnym tygodniu. No nienawidzę. W piątek, na rozpoczęcie grudnia postanowiłam sobie kupić 4 paczki Skittlesów. Jak mogę, to mogę.
Uwaga, ten tydzień, to hit!, jeśli chodzi o oceny!:
♥6 z historii. Nie wiem za co, ale dostałam za aktywność i niesamowicie się z tego cieszę.
♥6 z podstaw przedsiębiorczości za ćwiczenia
♥6- z podstaw przedsiębiorczości z karty pracy
♥5 z podstaw przedsiębiorczości za zadanie domowe
♥6 z matematyki za kartkówkę. Błąd, który popełniłam na niej nie potrafiłam sobie wybaczyć, ale koniec końców stwierdziła, że mi daruje, bo to tylko dziedzina i chce wstawić więcej szóstek xD
♥+ z angielskiego ot tak
♥5 z wuefu za aktywność

Czyli spoko oceny, aczkolwiek tydzień był mocno do dupy. Zaczęłam go sprawdzianem z woku. I się okazało, że pomimo nauki, nie wiedziałam kilku rzeczy. Pozdrawiam babę od woko-woso-historii. W dodatku we wtorek sytuacja się powtórzyła na geografii. W planach na kolejne dni miałam naukę, a wyszło tak, iż ze zmęczenia marzyłam tylko o ciepłym łóżeczku. W czwartek, ostatni dzień listopada była impreza andrzejkowa. Już miałam powiedzieć, że jednak się przekonuję do tego typu wydarzeń. Nawet załatwiłam napoje, ale KURWA NIE! było spoko przez pierwsze pół godziny. Następnie przy polonezie zostałam bez pary, przy kolejnej zabawie zostałam bez pary i zrobiło mi się strasznie smutno, byłam wkurwiona, więc bez skrupułów zażerałam się ciastkami. Tonami ciastek. A w domu się jeszcze pączkiem dopchałam. Najs. I obiecuję sobie, że jeśli idę na imprezę, to tylko na darmowe żarcie. W dodatku nawet się nie mogłam odprężyć, gdyż w piątek pisałam sprawdzian z czytania ze zrozumieniem. Okazał się on 16-zadaniową kobyłą i nie zdążyłam wszystkiego napisać :( W dodatku darowałam sobie jakiekolwiek zadania domowe, gdyż dzięki kochanej historycy zamiast 5 godzin lekcyjnych, siedziałam 8. Nosz kurwa. Potem z ledwością zdążyłam na pierwszy piątek. A po powrocie myślałam tylko o bezmózgim odpoczynku. W dodatku losowaliśmy w ów dzień osobę, której robi się kartkę. Boże, jak mi się nie che tego robić. No nie chcę. I nawet sama ta osoba mnie nie motywuje do wykonania tej kartki. Pech. No i jeszcze siedząc w piątku. Pisałam bowiem wypowiedzi na dwa konkursy. Dosyć długo.
W sobotę przeczytałam jedynie Makbeta. Naprawdę odpływają ze mnie siły. Jeszcze wieczorem były wyniki jednego z wcześniej wymienionych konkursów i okazało się, że nie wygrałam, a co więcej, nagrodzona wypowiedź wg mnie była logicznie niewłaściwa do tematu. Smutno mi się zrobiło, bardzo.
A dziś to już zupełny hit! Dopiekając mi i temu, że w ostatnim czasie nikt mi nie chce odpisać, rozpierdoliłam sobie mały paznokieć. Złamał mi się dokładnie w połowie różowego mięsa, jeśli tak mogę nazwać. Ojciec zmieniał pas, ale nie zauważył samochodu i reflektując się, mną tak obiło, że mam rozpieprzony paznokieć i boli, źle wygląda, mi się robi słabo i tak dalej.
Zostało 21 dni do wigilii. Trzy tygodnie, mnóstwo słodyczy, przeżyjemy ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Znowu mandala, bo nie stać mnie na nic bardziej produktywnego. Jest efektem mojej nudy na lekcjach w ubiegłym tygodniu, o której opowiem jutro.
Z pół roku temu, kiedy znalazłam żółty długopis i zrobiłam nim jedynie kilka próbek, to go w ogóle o tamtego czasu nie użyłam. Więc wróciłam do klimatu długopisowych mandali z myślą o tym żółtym kolorze. Niestety jakoś tak wyszło, że stanowił zaledwie akcent. Siatkę wykorzystałam gęstszą, bo odstępy wynosiły 5*, a nie jak wcześniej-10*. Zapomniałam także o fakcie, że jak ołówek przykryje się długopisem, to nie można go wymazać, dlatego są gdzieniegdzie szare prześwity. Pomimo starań jakoś mi się nie podoba. Jest dosyć brzydka. I brzydka.
 

 
Mam w swojej serii perełki, które mogłabym oglądać po kilkanaście razy. I takim przykładem jest owy film. Kiedyś wpadła na niego mama, ja jakoś nie byłam do niego przekonana, nie oglądałam od początku, a potem stwierdziłam, że bardzo mi się podoba i mnie wciągnął. Bardzo podobała mi się animacja. Taka nietypowa, nierealistyczne postacie, a tło wręcz przeciwnie. Ścieżka dźwiękowa mnie nie urzekła: nie przeszkadzała, ale też nie zachwycała. Ale fabuła... Cud. I jeszcze morał.
Koralina przeprowadziła się z rodzicami do willi, ze względu na ich pracę. I zasadniczym problemem był brak zainteresowania wobec 11-letniej dziewczynki, która zachowywała się jak 11-letnia dziewczynka z chwilami bardzo dojrzałej osoby. Klasyk.
Rodzice nie mają dla niej czasu, a Koralina nie ma tabletu/telefonu/jakiejkolwiek elektroniki, aby się mogła sama sobą zająć. Poproszę o wyczucie tonu ironii, gdyż gardzę wychowaniem w aktualnym czasie z elektroniką. Dlatego zajmuje się liczeniem drzwi/okien/zwiedzaniem domu, chodzeniem po okolicy. Właśnie podczas tego zwiedzania odkrywa małe drzwiczki za tapetą. Po kilku minutach błagania matki, która odnajduje kluczki, zaspokaja swoją ciekawość, że za ścianą znajdują się cegły. I tyle z jej planów, aby robić coś ciekawego. Trzeba także dodać, iż nie jest wielce zdesperowana, gdyż odrzuca chęć nawiązania z jedynym dzieciakiem w jej wielu, Wybie'm, który także nie ma sposobności więcej ją nachodzić, ponieważ ciągle woła go babcia. Jednak daje dziewczynie lalkę, łudząco podobną do Koraliny.
Właśnie przez tą lalkę są kłopoty. Otóż, jak każda 11-letnia istota płci żeńskiej, jak zauważa brak zabawki, poczyna ją szukać i tu zróbmy retrospekcję-dziwnym trafem lalka naprowadziła ją na drzwiczki, o których wspomniałam chwilę temu. I przez tą lalkę wraca do tego pomieszczenia za drzwiczkami i odkrywa przejście, zrobione z pościeli (i tu mi się przypomniała gra z z dzieciństwa: "Lasy Podpoduszańskie"), które się magicznie pojawiło, w nocy. Normalnie, myślący racjonalnie człowiek, by wrócił do łóżka i próbował zapomnieć, ale Koralina tam wlazła i odkryła alter świat. Wszystko króciło się wokół niej: drudzy rodzice nareszcie mieli czas: tata dla niej grał, mam robiła pyszne jedzenie, Wybie przestał się odzywać. No dla takiej dziewczynki to świat idealny. Sąsiedzi też się bardziej interesowali, wystawiali występy. Nocne życie Koraliny wyglądało niezwykle barwnie xD. Tak, to zdania może i dwuznaczne, ale padłam, jak zobaczyłam pannę Spink i Forcible prawie nagie. Toż to komedia. Tylko jedna rzeczy była niepokojąca w drugi świecie: ludzie mieli tam guziki zamiast oczu.
No i nietrudno zgadnąć, że Koralina bardzo lubiła tam wracać, pomimo ostrzeżeń ze strony myszek Bobbinsa, czytania z fusów panien Spink&Forcible. Kiedy szala goryczy się przepełniła, a Koralina przestała zauważać inicjatywę pojednania z matką, to wtedy akcja nabierała tempa. Druga matka powiedziała, że Koralina musi mieć przyszyte guziki zamiast oczu, jeśli chce zostać. Dziewczynka się opamiętała, ale już nie mogła wrócić, druga matka nie pozwoliła. I wtedy na pomoc przyszedł kot, który jej zaczął pomagać, był jeden, nie miał alternatywnego odpowiednika. Jak Koralina w końcu zwiała, to skazało się, że druga matka ukradła jej rodziców, Koralina wraca, druga matka ją więzi. Koralina odnajduje dzieci. Proponuje drugiej matce grę w odnajdywanie. Wygrywa. Niby wszystko kończy się szczęśliwie, ale ręka z igieł drugiej matki wydostaje się, chcąc odzyskać klucz od drzwi i porwać Koralinę. Jednak Wybie zniszczył rękę kamieniem. Robią imprezkę, wyjaśnia się sytuacja z zaginioną siostrą babci Wybiego i happy end.
Klimat film miał. Żałuję, że tak krótka trwała gra w odnajdywanie oczu dzieci. Dobrze, że punkt kulminacyjny był 2 razy i dobrze, że film pokazywał, że należy doceniać naszych rodziców.

 

 
Minął 12 tydzień, kolejny jest straszny. Ten także nie był najlepszy, ale może po kolei. Najpierw moja nagroda: baton WW od Wedla klasyk w mlecznej i biały. Ktoś się domyślił? xD.

Oceny całkiem ok, mogły być lepsze, ale już nic na to nie poradzę.
♣6 z niemieckiego-a taka przyjemna, prosta kartkóweczka. Uwielbiam moją panią od niemieckiego. Nie mogła się trafić mi lepsza.
♣5+ również z niemieckiego za mówienie. Także jestem z tego zadowolona.
♣5 z bioli łeeeeee. Z biologii powinnam mieć same 6, ale co ja poradzę na to, że dała kartę pracy, na której zgłupiałam. Dosłownie i w przenośni. Nie potrafiłam sobie wybaczyć tego jednego błędu. Czemu zawsze muszę przedobrzyć w złą stronę?
♣5+ z kartkówki z matematyki. I tak jest dobrze, mogło być gorzej, ja prawie na tej kartkówce ryczałam. Sorry, naprawdę się poryczałam.
♣5 z matematyki ze sprawdzianu. Nikt nie dostał 6, więc nie wypadłam źle na tle klasy. Tylko pluję sobie w brodę, że na trudnych zadaniach się nie wyrżnęłam, a na tych najprostszych a-b-c-d. Ta moje logika.

Przyszły tydzień, to 13 tydzień i rzeczywiście jest ciutkę pechowy. Zaczynam dwoma sprawdzianami i kończę sprawdzianem, w międzyczasie z dwie kartkówki. Znowu powinnam zapieprzać do nauki, ale mi się nie chce. Kolejny paradoks. Już opowiadam.

Otóż się dziś się zdecydowałam pisać kartkówkę z historii i ją chyba zjebałam. A wszystko umiałam, tylko dostałam takiej pustki, że wszystko mi się pojebało. Zamiast Trewir napisałam Trzewno. Jak otrzewna (biolchem ze mnie prawdziwy). Czyli 6 poszła się jebać, ale zobaczymy. Może nie będzie tak źle. Może pozwoli mi drugi raz pisać w tym terminie dla wszystkich, A ja jedynie mam większe aspiracje na 6. Muszę czymś zająć myśli, zanim one mnie dosłownie zabiją, pół dnia robić sobie wyrzuty, że źle napisałam, a drugie pół martwić się o coś, co może być urojeniem. Dlatego tak chętnie staram się zajmować mózg tymi najgorszymi wyjadaczami myśli. Inaczej dotknąłby mnie jeszcze efekt nocebo. Kurde, i czy przy takiej psychice iść na medycynę? To jest cholernie ciekawe, ale i niebezpieczne.

I w takich chwilach uwielbiam to przedwczesne przygotowywanie się do świąt. Jest tyle pysznych rzeczy, umilających czas, tyle zniżek, że głowa mała. Ponad to odnalazłam dla siebie w tym jakiś sens. Do wigilii atmosfera świecidełek mi się przeje i będę bardziej zaabsorbowana rodziną, a nie innymi gadżetami. W ogóle brak prezentów w święta mi nie przeszkadza, a kiedyś to tylko na to wyczekiwałam. Czasy się tak diametralnie zmieniają.

Dziś sobie nie odpuściłam: odrobiłam wszelkie zadania domowe i przeczytałam raz cały zadany materiał na przyszły tydzień. Marzę tylko o położeniu się do łóżka i posłuchaniu uspokajającej muzyczki.

30 dni do wigilii
 

 
Och.. Jak ja bym chciała rysować więcej właśnie dla takich rysunków. Pamiętam to jak dziś. Milenka z 4 klasy podstawówki (kiedy to minęło), przeglądająca książkę Lee Hammon, zachwycała się talentem autorki. Marzyła, aby rysować tak samo jak ona. Tak samo realistycznie. Tak samo proporcjonalnie. A dziś, 16-letnia Mila, już potrafi tak rysować. I jest to cudowne uczucie. Cudowne. Niesamowite, że potrafi rysować tak samo dobrze, jak autorka książki. Dziękuję, że coś mi się udało.
A wiesz, co mnie jeszcze bardziej rozbraja? Że mam ten sam zestaw ołówków od 4 klasy podstawówki. Są pamiątką i świadkiem mojego dosyć szybkiego rozwoju. Niby na przestrzeni wielu lat, ale na przestrzeni małej ilości rysunków. A to drugie pokazuje, że wszystko dzieje się w mózgu. Praktyka czyni mistrza, ale to najważniejszy jest mózg i jego postrzeganie, a nie wyrobienie umiejętności. Chcę rysować lepiej, szybciej i więcej. Żałuję, cholernie żałuję, że jak miałam czas, to nie rysowałam.

A ta urocza wiewióreczka powstała w zwykłym, gładkim zeszycie A5, ołówkami Cretacolor, wiszerami i gumką w drewnie od koh-i-noor
 

 
Zdecydowanie wolę tę część od poprzedniej. W końcu to finał. Fajnie zrobiony finał. Zakończenie (mówię o zakończeniu, nie o epilogu) mnie jakoś poruszyło. Jak stoją w świetle słońca na jednym z mostów, a Harry Łamie Czarną Różdżkę i wyrzuca do wody. Zawsze się czuję dziwnie przy zakończeniu filmu. W szczególności przy Potterze. To, co jest zabawne, to fakt, że podobne odczucie mam, jak siedzę wśród natury. Najlepiej, kiedy jestem sama, jest cicho. Naprawdę polecam.
No i się autentycznie poryczałam przy scenie, kiedy Harremu otwiera się znicz, wynurza się z niego Kamień Wskrzeszenia, a potem Harry widzi wszystkich swoich bliskich zmarłych. To takie wzruszające. Wzruszające mówić o swojej śmierci. Pewnie jeszcze nie dorosłam. Tylko jakoś do końca nie potrafię zrozumieć, dlaczego Harry Powrócił do świata żywych. Właśnie przez to, że Czarna Różdżka nie słuchała Voldemorta? Czy przez to, że Harry był z nim powiązany i dopóki Voldemort żył, Harry również mógł żyć? hmmm...
Jeszcze, jak jesteśmy przy scenach wzruszających, to Hermiona zachowała się niezwykle dojrzale, odtrącając bez wahania, automatycznie od Lavender tego wilkołaka. Jakoś też zwróciłam na to uwagę.
Cały wątek Snape'owy także poruszający. Żal mi się go zrobiło. Należy do rodzaju tych, którzy są pokazują całemu świtu, że są źli, a w rzeczywistości są dobrzy, a to wszystko przez to, że zostali skrzywdzeni. Doskonale urozmaicił całą fabułę.
Luna. Jak zawsze muszę się przy niej zatrzymać na chwilę. Jest za razem taka miła i taka creepy. I pasuje do każdego. W końcu jednak została zeswatana z Nevillem. Pasują do siebie, ale i tak bym wolała ją u boku Pottera. I to takie urocze (choć straszne zarazem), jak Neville krzyczał, że musi powiedzieć, iż ją kocha bo nie wie, czy dożyje do jutra. Gratki ogólnie dla niego. Zmienił się o 180* od pierwszej części.
Z pozytywów, to także muzyka. Bardzo lubię taki styl podniosły, "epicki", mogłabym go słuchać godzinami.
Z negatywów. Ekhm. Epilog. Jest wg mnie całkowicie zbędny. Zbyt przesłodzony, kochany. Inie mogę patrzeć na zestawienie Ginny+Harry. Oni do siebienie pasują. Brrr.
A z negatywów, to cóż, jestem zaskoczona, ale nie potrafię zbyt wielu rzeczy powiedzieć. Jestem zaskoczona tym faktem. Jakbym zapamiętała finał zupełnie inaczej. I tym sposobem trochę zmieniłam mój ranking, bo co chciałam skomentować, to chyba skomentowałam, każdy zna. Harry to moja ulubiona seria FILMÓW fantasy i pozostańmy przy tym. Jeszcze zrobię sobie w jeden dzień cały maraton filmowy. Tak, to strata czasu w lepszy sposób, niż uczenie się historii i woku xD.
Książę Półkrwi
Czara Ognia
Komnata Tajemnic
Kamień Filozoficzny
Zakon Feniksa
Insygnia II
Więzień z Azkabanu
Insygnia I
 

 
Jak ten czas leci. Już 11 tydzień za nami. Wow. Cały weekend rzeźbiłam prezentację i skończyłam ze 130 slajdami. Nwm czemu, ale czuję, że zmarnowałam czas. Od jutra tylko wysiłek mentalny; leżące na biurku na mnie wrzeszczą. Za ten tydzień mój upominek wyglądał tak: klasyczny KitKat extra milk&choc w 4 paluszkach i analogiczny, wedlowski ww w ciemnej czekoladzie. Ktoś się domyśli, co będzie za tydzień? :D
Chcałam opisać znowu moje oceny, ale jest ich mało.
*6 z informatyki- z tym wiąże się taka sytuacja, że mieliśmy sobie wybrać jedno zadanie. I ja zrobiłam najprostsze, bo chmurę wyrazową. Pani powiedziała, że postawi maksymalnie 5 za to, a ja już tak padałam na ryj, że zagłuszyłam ambicję na wyższą ocenę. Jednak pani kochana powiedziała, że jej bardzo się podoba i dostałam, co dostałam.
*5- z angielskiego ugh jestem zła strugaczka postawiła ogólnie z tego sprawdzianu słabe oceny. Większość podostawała 3 i w sumie ja miałam najwyższy wynik. Powinnam się cieszyć, ale liczyłam na 6, bo ogarniałam wszystko ;(
*4 z angielskiego z pisania. Ajj, smuteczek, wszyscy podostawali 5, a tylko ja, taki przegryw życiowy 4. Także myślałam, że mi dobrze poszło.
*6 z polskiego za zaległe zadanie na platformie edukacyjnej.
*6 z polskiego za sprawdzian. To moje największe osiągnięcie. Pani podeszła do mnie ze słowami: "a ty to przegięłaś w drugą stronę". Dlaczego? Miałam 100%  i dodatkowe 1,5 pkt. Mam nadzieję, że kolejny SPR z polskiego pójdzie równie dobrze.

Choć na początku chciałam mocno zjechać nauczycielki, to stwierdziła, że zostawię to dla siebie.
Ale mogę rozwinąć kwestię poniedziałku, bowiem jednak zdecydowałam się iść na ten wieczorek patriotyczny 3 godziny przed. Wynudziłam się, to prawda, ale może pomoże mi to w byciu lepszym człowiekiem? Czasem nie mogę znieść, jak się ludzie o to czepiają. o ten mój brak patriotyzmu. A skoro miałam dobry humor, gdyż rozdawali darmowe rogale w szkole, to poszłam.
Poza tym popsuły mi się kolejne słuchawki. Były fajne, długo działały, ale izolacja słaba i podczas eksploatacji się przerwała i kabel nie działa. Nie zareklamuję. I nie chcę sobie kupować nowych. Może wyjdzie mi to na lepsze? Mniej nerwów, mniej siedzenia w telefonie.
A tak to same dziury w planie. Fajnie. Więcej czasu mam na naukę tego, co potrzebuję, ewentualnie na odespanie bezsennych wieczorów. Kiedy nie mogę zasnąć się denerwuje, a człowiekowi w nerwach nie przyjdzie zasypianie. Poza tym bardzo się denerwuje przyszłym tygodniem i jedną, ważną dla mnie sprawą. Dobra, jest ich co najmniej 6. Trzymaj kciuki, by mi się udało, w szczególności z moim numerem 1. Na serio padam. Dobranoc.
 

 
I dochodzimy do schodów, gdyż nie lubię tej tej części, ani kolejnej. Dla mnie one są przeładowane. Widać, że wszystko jest na siłę. Ja wiem, wojna, oddanie tego horroru, ale nie przemawia to do mnie przez pryzmat tego filmu. Zacznijmy na przykład od śmierci Zgredka. Niesamowicie żal mi się go zrobiło, ale pomimo szczerych chęci odczuwałam poirytowanie. Ile można zabijać ważnych bohaterów? Za pierwszym razem spodziewałam się, że umrze Wesley (w ogóle tak głupio brzmiało w tym dubbingu "łizli", kiedy dotychczas mówili "łeslej") albo Hermiona (na pewno by było ciekawie). Pojedyncza śmierć dodaje charakteru, seryjne morderstwa trzymają w napięciu, ale kurde, Rowling mogła sobie darować uśmiercania zarówno Zgredka, jak i Hedwigi. No i, będąc przy Hedwidze, to po drodze przecież Moodiego też uśmierciła. Zdecydowanie tego za dużo.
Z kolei wątek szukania Horkruksów był ciekawy. I o ile w Księciu Półkrwi i poświęceniu Dumbedora w wypiciu eliksiru, aby odkryć medalion, pokazane to było w sposób ciekawy, tak w tejże części szukanie tych horkruksów było nudne i nie wykorzystane w należyty sposób. W szczególności wszystko, co się działo w Ministerstwie tak mnie nudziło, ale to prawdopodobnie przez fakt, iż wszystko związane z tego typu instytucjami mnie irytuje.
Niby siebie wykluczam, że raz się dzieje za dużo, raz za mało, ale ta wędrówka. Szli, szli, szli, szli i uciekali. Motyw homo viator chyba do mnie także nie przemawia i to byłoby pięknym wyjaśnieniem, dlaczego nie przepadam za Hobbitem.
I jeszcze te dziwne relacje. Podoba mi się, że Roling nie złączyła szablanowo Harrego z Hermioną, chociaż do siebie pasowali, ale ja nie mogę patrzeć się n Ginny. Tak jej nie lubię, niby od zawsze darzy Pottera uczuciem, ale nie pasuje do niego. Ciągle utrzymuję, żeby Harremu dać Lunę. To byłby perfekcyjny związek, a jak komuś nie pasuje tomógłby zostać singlem. I tak by było najlepiej. Agrhh. Jak będę miała okazję, to z chęcią w przyszłości sobie ponarzekam na te parringi, nawet jeśli bym miała skopiować moje poprzednie wywody.
Podobała mi się wizualizacja historii o 3 braciach. Ciekawie zobrazowana, mega zastosowanie w znaku, aczkolwiek szablon opowieści skądś kojarzę. Chociażby motyw 3 braci, że jeden jest najmądrzejszy (przytaczam tu bajkę Stoliczku nakryj się). Podobieństw jest wiele.
O, z pozytywów mogę przypomnieć ten wątek z miastem, gdzie wychował się Harry, w czasie Bożego Narodzenia. Klimat mi się spodobał i wszystko co się w tamtym miejscu wydarzyło: jumpscare z wężem itd.
Jak zawsze popieram, gdy są poruszane te ponadczasowe wartości: odpowiedzialność, poświęcenie, miłość, upór. Zawsze jest do czego się odwoływać w rozprawkach.
Nie odbierzcie tego tak, że bardzo nie lubię tego filmu. Jest spoko, na tyle fajny, że i tak oglądam go za każdym razem, kiedy oglądam pozostałe części, ale nie odczuwam efektu wow i zachwytu.
 

 
Wczoraj mówiłam, że nie jestem patriotką, a dzisiaj jem rogale świętomarcińskie. Hipokryzja, ale kogo to obchodzi...
Cały dzień zmarnowałam na durną prezentację z woku, ale się zaparłam i ja MUSZĘ mieć tą szóstkę. Ta baba nie pokrzyżuje mi planów. Ale na dzisiaj się poddałam. Nie chce mi się już.
Resztę soboty spędziłam na rysowaniu, jestem w trakcie rysunku ołówkiem, potem będę kolorować, więc korzystam z tego, że mam chęci.
Tecna mi się na tym rysunku podoba. I to bardzo, choć za czasów mojego dzieciństwa za nią nie przepadałam, gdyż wyglądała staro i dubbingowy głos był średni, ale nie oceniajmy odczuć ośmiolatki. Naprawdę, przy szkicu, myślałam, że te oczy mi nie wyjdą, że zrobię milimetr nie w tą stronę i skończy się tragedią, ale tym razem proporcje były mi posłuszne i wyjątkowo szybko się uwinęłam. Muszę jedynie poszukać jakiegoś fajnego żelopisu, bo te co mam (Sakura i Pentel) słabo się sprawdzają, albo to ja za dużo od nich wymagam. Wracam odpoczywać. xD Pytanie z poprzedniego postu ciągle aktualne.
  • awatar Dysocjacja: Bardzo fajnie wyszło, szczególnie pięknie dopracowałaś kolory. Ja też nienawidziłam głosu Techny. Uwielbiałam ją za to, jak mądra była, ale kiedy usłyszałam dubbing- zeszłam. I racja- wyglądała staro.
  • awatar rozpisana94: Fajnie wyszło :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Hej, znowu będę narzekać, bez drobnych wulgaryzmów się też nie obejdzie, więc...
10 tydzień szkoły za mną. Fajne uczucie. Bardzo fajne. Tydzień ogólnie luźny. Tylko jeden sprawdzian i dwie kartkówki, czyli jakby nic. Kupiłam sobie Góralka sernikowego. Jakoś nie miałam ochoty na szaleństwo, choć z drugiej strony mam wiele prezencików na oku.
Co do ocen, to jestem średnio zadowolona
◙ 6- z biologii (babka mi odjęła 0,25 punkt za to, że napisałam: "kod genetyczny jest uniwersalny, ponieważ korzystają z niego wszystkie organizmy" przyczepiła się za brak precyzji)
◙ 5 z angielskiego z mówienia (i tak wszyscy dostali piątki, ale chodzi mi o to, że ja mówiłam bardzo długo, od znajomych dowiedziałam się, że pani siedziała znudzona, ale kiedy skończyłam, to ona zaczęła niby mnie chwalić, mówiąc że nie chce nikogo wywyższać. Myślałam, że postawi mi 6. Robić złudne nadzieje uczniowi-najgorzej)
◙ 5 również z angielskiego, ale ze sprawdzianu (strugaczka by mi mogła postawić 5+. Miałam 126/131 pkt, ale nie, bo u niej 6 to tylko 100%. Lubi się nad nami znęcać, ale o tym kiedy indziej; zbieram fakty)
◙ 5 z informatyki (też nie jestem zadowolona, źle zrozumiałam prezentację. Upieram się w dalszym ciągu, że zrobiłam dobrze, ale ona wie lepiej oczywiście)
◙ 6 z polskiego, zaległe zadanie

No i tak to się prezentuje. Nie wiem, ale w tym roku szkolnym, przy zmianie szkoły, zaczęłam od siebie tyle wymagać. Tak, wiem, co pierdoliłam, że 3 mi wystarczą, ale nie! Tylko 6 mnie zadowala. Czasem, jak dostanę 5, to nawet trudno mi się do niej przyznać. Dzisiaj się poryczałam na matmie, jak nie mogłam zrobić zadania na kartkówce. Ze mną jest coś nienormalnego, ale nie potrafię na to nic poradzić. Może boli mnie otaczający świat. To, że ludzie dostają za darmo tyle zajebistych rzeczy, o których ja sobie mogę pomarzyć, bo nigdy na to nie zarobię, a ludzie mnie nie lubią. I ja nie lubię ludzi, bo mam zjebany charakter. I w tym kraju tyra się za śmieszne pieniądze.

*NAJWAŻNIEJSZA CZĘŚĆ*
Nawiązuję tu do wieczorka patriotyckiego, który odbywa się w poniedziałek. I na niego cholernie nie chcę iść. No bo kurwa, nie jestem patriotką. Na pewno nikt nie przekona mnie do śpiewania patriotycznych piosenek i odpieprzania tańców ludowych. Mi wystarczy, że staram się kupować polskie produkty, że na razie nie wypierdoliłam się z tego kraju. Nie jestem patriotką. Nie interesuje mnie historia. I ciągłe powtarzanie, jak to mam zajebiście. Czy to jest taki problem?! Dla mnie wybranie się tam, to strata czasu. I tu pojawia się pytanie. Iść jednak, wg Ciebie? Bo ja z całego serca chcę sobie darować, opowiedzieć kłamstwo, że się uczyłam, a potem zasnęłam nad książkami. Tak chyba będzie lepiej. Najem się, zwinę w kulkę i spędzę ten czas w moim pokoju.
*KONIEC NAJWAŻNIEJSZEJ CZĘŚCI*

Mam jeszcze do zrobienia bardzo obszerną prezentację z woku, do napisania 2 sprawdziany w przyszłym tygodniu i kartkówkę. Powinnam się za coś zabrać, ale ja jestem tak zmęczona... Dobrze, że chociaż odrobiłam całe zadanie domowe..
Pociesza mnie myśl, że jutro będą rogale świętomarcińskie!!! Już jadłam dzisiaj, ale mam ciągle na nie ochotę. Smak mi się zmienił.
44 dni do wigilii
  • awatar Dysocjacja: Chciałabym, żeby moim największym problemem było to, że dostałam 5+ ze sprawdzianu, zamiast 6. Ale już bez złośliwości- podziwiam twój upór. Charakter taki, jaki masz Ty, mają też wszyscy najwięksi ludzie tego świata- wymagać od siebie więcej, więcej i więcej, i nie wmawiać sobie, że wszystko już umieją i pozjadali wszystkie rozumy. Jestem naprawdę zaskoczona i dumna z Ciebie, że tak świetnie radzisz sobie w tym liceum, które jeszcze niedawno było dla Ciebie taką katorgą. Nie odpuszczaj, bo teraz się napracujesz, a potem będziesz miała życie, jak królowa. Za to odwrotnie my- teraz w szkole się obijamy, a potem trzeba harować. Trzymaj się <3
  • awatar Millscape: @Naomi ∞: Dziękuję. Jednak nie pójdę. Póki rodzice mnie nie przymuszają, odpuszczę sobie. Dziękuję. Najwyraźniej w sprawie szkoły jestem perfekcjonistką. Również się trzymaj. <3
  • awatar Naomi ∞: Czuję podobnie. Tylko 6 jest odpowiednie, a poniżej czwórki to już tylko łzy i zawracanie nauczycielce tyłka o poprawę. Jesteś perfekcjonistką? Jeśli nie czujesz się na siłach, nie idź tam. Zrelaksuj się w domu robiąc to co lubisz. Bez sensu byłoby siedzwnie tam nudząc się. Trzymaj się !
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Zaczynam się bać o moją pamięć. Nie dość, że oglądając kiedyś kompletnie o niej zapominałam, to jeszcze teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo ona mi się podoba. Jednak powinnam trochę po przestawiać mój ranking części.
Poszaleli ze związkami, a ja w dodatku crushowałam Harrego i Draco jednocześnie, bo wyprzystojniali. I możecie zgadywać, która jest moją ulubioną sceną. Jeśli chodzi o paringi, to zgadzam się, że Harry by pasował do Hermiony, choć z drugiej strony to by było zbyt oklepane, dlatego utrzymuje, że do Harrego najbardziej pasuje Luna, a nie Ginny. Jak ja jej nie lubię. Dramione ładnie ze sobą wygląda, ale przecież oni siebie nie znosili, więc tylko "popieram" filmowo. Draco, o ile dobrze pamiętam, miał wyglądać źle i zachowywać się odrażająco, tylko grany go aktor spieprzył sprawę, bo był za przystojny. Koniec końców uważam, po wpadce z Ginny, że Ron i Hermiona nawet są spoko parą. A w moim umyśle Harry będzie związany z Luną.
Mam w tych spisach zwyczaj komentowania nauczycieli. I mogę powiedzieć: Slughorn był normalny, wręcz niczym nie wyróżniający się i tchórzliwy. Czyli nauczyciel mi obojętny. No ani z niego nie mogłam się pośmiać, ani nie mogłam go znienawidzić, ani nic. No normalny nauczyciel, który zna się na rzeczy, lubi swój zawód i kolekcjonowanie uczniów.
Ale nie mogę, nie potrafię przeboleć faktu, że Albus został zabity. No nie potrafię tego zaakceptować. Za bardzo go lubiłam i szanowałam. Taki człowiek, który potrafi rozwiązać każdy problem. No nie. Za każdym, każdym razem ryczę, jak oglądam ten fragment. Naprawdę zabójstwa bohaterów są niekiedy potrzebne, ale jak się z tym przedobrzy, to to powszednieje. Syriusz już wystarczył. I koniec. A Snapeowi za ten uczynek nie przepuszczę. Niby rozumiem, dlaczego taki zgryźliwy; bo trudne dzieciństwo i te sprawy, a przy tym geniusz do eliksirów, ale jakoś nie potrafię ho polubić. Nawet w nawiązaniu do ostatniej części. Ale o jego śmierci kiedy indziej.
Umarł też nie tylko Dumbledore, ale i zdechł Aragog. Ja także cierpienia arachnofobię. I kurde, szczerze się cieszyłam, aż temu pajęczakowi zgięły się nogi. Gdyby może w swoim zachowaniu nie był taki specyficzny (w sensie pozwolił swojemu potomstwu zjeść przyjaciół Hagrida). No kurde, pająki są niebezpieczne i obleścne. Skorpiony też. Im więcej odnóży, tym gorzej. 4 kończyny wystarczą.
Tu powinnam się zacząć rozpływać nad fabułą. Może była bardziej prostolinijny, a także nie trzymała aż tak mocno w napięciu, ale w sobie coś miała. Lubię gapić się na związki, lubię tajemnicę i lubię mieć szczegółowo objaśniony świat przedstawiony. Tu to dostałam. No i nie ukrywam, że zawsze powtarzamy, iż podręcznik to najlepszy przyjaciel ucznia (nie wiem, skąd mi się to wzięło).
Horkruksy to ciekawy temat również, bo miałam wrażenie, że Slughorn jest naiwny, inaczej. Za bardzo wierzący, że każdego człowieka poruszy morderstwo. To smutne, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że ma władzę nad życiem drugiego człowieka i zabicie go nie jest problemem. Dla Toma na pewno nie był to czyn "rozdzielający jego duszę". A Bellatrix? Dlaczego ona nie porobiła sonie horkruksów? Tak, we filozofii ze mną słabo.
Ale i tak bardzo podoba mi się ta część i jest ona na moim drugim miejscu (za Albusa). Zawsze się czuję, jakby od obejrzenia Harrego minęły lata, a są to krótkie odcinki czasu. I to wszystko tak dopracowane. Ja się nie dziwię, że jest to jedyna ekranizacja. Nie da się tego zrobić lepiej, a w dodatku Daniel by stracił na tym, jak i wszyscy.
 

 
I kolejne podsumowanie. Szczerze, to te ponad 50 dni temu nie sądziłam, że w ogóle dotrwam do listopada, to wszystko mnie tak przerażało, a teraz. Proszę bardzo. Za chwilę ten przepiękny 5-dniowy weekend się skończy i znowu do nauki. Już dzisiaj by się przydało coś porobić umysłowo, lecz stwierdziłam: pierdolę, nie robię. I tak, że zmotywowałam się do ozdobienia wszystkich zadań domowych i do zrobienia prezentacji na edb. Ogółem do kolekcji moich ocen wleciała 6 z przedsiębiorczości za prezentację, a także 5 z angielskiego. Na razie jest dobrze. Przy okazji dostałam ogromnego wkurwu na nauczycielkę, że trzymajcie mnie, abym jej coś nie zrobiła! Mianowicie chodzi do małej szkoły i historii, wosu oraz woku (wiedzy o kulturze) uczy mnie ta sama, kochana i wymagająca od chuja nauczycielka. Co z tego, że jestem na biol-chemie. To ją nie obchodzi. Zadała nam zadanie długoterminowe, dotyczące animacji kultury, aby ją rozpowszechniać i wyjść poza szkołę, zorganizować coś, a następnie spisać to wszystko. No zajebiście. Zajebiście. A oprócz tego mamy jeszcze cudowne zadanie na dwa tygodnie, aby wykonać prezentację, określoną mianem portfolia, dotyczącego kultury współczesnej Polski. Już wiem z czym będę napierdalać w przyszły weekend. Takie życie, nic z tym nie zrobię.
Co do nagrody, to miałam ją niezwykle rozwiniętą i była ona związana z ulatującą przerwą. Korzystając z wolnego, skorzystałam z propozycji znajomej i w czwartek, dzięki jej wspaniałomyślności, obejrzałam produkcję Photon. A kolejnego dnia byłam z nią w dwóch knajpach i o owym filmie gadałyśmy, a ja się nażarłam za wszystkie możliwe czasy. Pewnie będę cierpieć w przyszłości, a moja waga mi popsuje humor, ale co tam, dobrze, że spędziłam miło czas.
Niestety moja dobra passa skończyła się dzisiaj, w sklepie. Znalazłam się w złym miejscu i tak to się skończyło. Chciałam coś pokazać, ale jakiś debil otworzył opakowanie. Ja pociągnęłam źle, opakowanie rozchyliło się, a Pucharek w kształcie i kolorze wafla rozsyłał się. Zajebiście. Czasem im starsza, tym głupsza. i tak mam zbędny pucharek (bo były sprzedawane parami). Nie było jakiś ogromnych problemów. Dosłownie 2 minuty od zdarzenia usłyszałam wezwanie pracownika na dział z kieliszkamim. I sprawę załatwiło się normalnie. Pani nie wykazała żadnych emocji, więc prawdopodobnie sporadycznie się taka niefortunna sytuacja zdarza. Już nigdy nie wejdę do działu ze szkłem. Szlag by to trafił i tego człowieka. co rozdarł wcześniej opakowanie.
Jeśli chodzi o listopad, to czuję, że on także szybko minie. Mam już rozplanowane wyzwanie z deską, 30 listopada mam kolejną imprezę integracyjną, poplanowałam sobie filmy i nagrody za kolejne tygodnie szkoły.I znowu czekać
50 dni do wigili
 

 
Z Zakonem wiąże się również zabawna historia, bo zawsze, ale to zawsze mam wrażenie, że ta część jest nudna, a w czasie oglądania mnie ciekawi. Tak, wiem zdaję sobie sprawę, że jest to ulubiona część większości. Pisząc kiedyś o Więźniu Azkabanu, mówiłam, że jest ona 4 lub 5 miejscu. Miałam na myśli 5 lub 6. Bo na 4 miejscu jest zdecydowanie Zakon Feniksa.
Ogółem, to miałam podejście do obejrzenia filmów o Harrym Potterze przed 11 rokiem życia i pamiętam, że zrezygnowałam, właśnie przez wzgląd, że chciałam obejrzeć tę (bo dziwnym trafem zawszę tą widziałam w gazecie) jednak widząc dementory, czyli sam początek, dopadło mnie odczucie, iż jest to niezgodne, że moje niewinne oczęta nie powinny się patrzeć na takie paskudztwa. Z wiekiem człowiek mądrzeje i nie szuka ciągle jakiś problemów, tylko czerpie przyjemność z oglądania seansu. Znowu postaram się zapisać moje odczucia z wieku 11 lat. Po początku stwierdziłam: ale dlaczego, to był TYLKO Patronus, który można tłumaczyć jako przywidzenie lub nietypowe działanie światła, a ten mugol doskonale wiedział, że Harry jest czarodziejem. Po co robić takie problemy?! Odpowiadając młodszej sobie: a no po to, żeby było ciekawie.
Dolores Umbridge to zdecydowanie jedna z barwniejszych (chodzi o charakter, bo w ubiorze i wystroju była monotematycznie różowa) postaci. Kiedyś nikogo mi nie przypominała, a teraz. Nasuwa mi się skojarzenie z wielegopierdupie (taki jeden babsztyl z mojego liceum). Na serio, takie jak ona, to może bym nie pozabijała, ale dopilnowała, aby nie wchodziły mi w drogę. Ani nikomu innego. Tak wkurzającej postaci, stawiającej na swoim i ciągle oczerniającej, nie ma w całej serii. W prawdziwym życiu niestety takich Dolores jest znacznie więcej. Bo z wyższych sfer, po wpływowa kobieta, bo ma za sobą całe ministerstwo i jej wszystko wolno, bo może zmienić prawo. Domyśl się, o kogo mi chodzi. I jeszcze wcisnęli ją w różowe ciuszki. Jedyna scena, która w jakiś sposób bardziej przykuła moją uwagę, to ta gdzie Harry pisał piórem i na jego ręce rył się ten sam napis. No jakoś to chwyciło moje serduszko.
I jak Dolores nie znosiłam, tak mój podziw do Albusa rósł. Odczuwałam, że póki on jest, to wszyscy są bezpieczni. Choć w tej części czułam straszny jego niedosyt. Tak samo, jak Hagrida.
Kolejną kwestią jest śmierć Syriusza. Zrobiło mi się go bardzo żal za pierwszym razem. Pamiętam, że się popłakałam. A przy kolejnych razach wzrusza mnie te słowa, które padają: "jak to się wszystko skończy, będziemy nareszcie rodziną". To takie smutne, kiedy się zna zakończenie. No i tak jest żal Harrego. Nie lubię, kiedy znaczący bohaterowie umierają. Dobrze, że Harry nie umarł.
Postać Luny także w tej części przybliżyli i mi to odpowiada. Więcej. Uważam, że Harry lepiej by wyszedł będąc z nią, niż z Ginny (która mnie także wkurza). Jest spokojną postacią, opanowaną. Taką, z którą byłabym w stanie się dogadać. I jeszcze przez nią mam ochotę na budyń.
I jeszcze, jak utknęłam przy związkach, to Cho. Kolejna dziewczyna, której nie lubię. Bo se znalazła pocieszenie w Harrym po śmierci Cedrika. Tak się nie robi, ale z drugiej strony, to Harry wykazał inicjatywę pocałunku.
Ogólnie koniec podobał mi się. I jakby ta wewnętrzna walka Harrego z Voldemortem, takie psychologiczne bym rzekła, choć z drugiej strony nie ciągnęli, po punkcie kulminacyjnym, szybko zakończyli akcję. Jak zwykle świetnie spędziłam czas, oglądając po raz kolejny ten świetnie przedstawiony świat.
 

 
Niejednokrotnie, pisząc coś mam problem. Nie posiadam zdolności humanistycznych i zdaję sobie sprawę, że zdania sklecone przeze mnie brzmią niejednokrotnie źle, ale się staram. Gorzej jest jednak, kiedy opisuje się coś, czego do końca nie może się pojąć i zapamiętać. Tak samo jest z tym filmem.
Photon jest to polska (tu składam pokłony) produkcja i składa się z 3 części. W pierwszej, powoli, krok po kroku, jak powstaje materia, z czego są złożone atomy. W drugiej mamy do czynienia z powstawaniem życia. Z kolei trzecia skupia się na przewidywaniu końca świata, a raczej jak świat będzie wyglądał. Za setki, ewentualnie kilkadziesiąt lat.
Jeśli chodzi o tytuł, to autor miał tu na myśli foton. Tylko zangielszczony. Jest to malutka cząsteczka, cząsteczka elementarna, która nie posiada ładunku elektrycznego. Jest nośnikiem oddziaływań elektromagnetycznych i promieniuje, a porusza się z prędkością światła. To właśnie wybuch tych fotonów to było pierwsze światło we wszechświecie, a dla osób wierzących "stała się światłość". Nauka nie wyklucza religii i na odwrót.
To tak na początek. A jeśli chodzi o początek filmu, to on był niesamowity. Pojawiła się kropka, która miała symbolizować coś prostego i niepodzielnego "jedyne co jest prostsze, to jego brak" i tak powoli, na wizualizacji była tworzona przestrzeń i po kolei, co wszystko wychodziło. Opisane z widzenia fizyki, ale przełożone na bardziej plebejski język, choć miałam problemy ze zrozumieniem wszystkiego. Minusem stała się także moja niewielka wiedza; chwilami gubiłam się, w szczególności na tm nieszczęsnym początku, gdzie nie dość, że nie mogłam się połapać z nazewnictwem, to mówiono o takich rzeczach, których człowiekowi trudno jest sobie wyobrazić. Ale ta wizualizacja. Magiczna, piękna, a wiecie co jest w tym najlepsze, prawdziwa. Bo po pewnym czasie nie pojawiały się symbole i zakładania, tylko piękne rzeczy, które oferuje nam fizyka. Symetryczne kształty, jak w kalejdoskopie... Patrzyłam na to, jak na wizualizację kosmosu, kiedy byłam Toruniu i w takiej dużej sali, gdzie na sferycznym suficie wszystko wyświetlano (nie pamiętam dokładnie, to była 5, może 6 klasa) i wtedy mnie to tak zachwyciło i taki zachwyt przeżywałam ponownie, ale to już nie kwestia filmu, a głębsze uczucie, dotyczące. A może jednak fizyka to moje przeznaczenie? Wtedy zachwycałam się wizualizacją, a teraz także informacją. Lektor opowiadał to z pewną dawką humoru.
Druga część była mi zdecydowanie bliższa, gdyż wiązała się z biologią, którą dużo bardziej lubię, wróć jesteśmy po prostu w lepszych relacjach. Pięknie pokazane jak powstaje życie *uświadamiam, tak są tam chwilowo pokazane akty współżycia: u małp i u ludzi oraz nie jest to ocenzurowane, a także pojawia się nagi, mały chłopiec, z tym, że jest to normalne, więc bez podniecania się* I jak życie jest trudne i jakie szczęście mamy, że nasz kod DNA dobrze się replikował, że nie ma błędów, że mamy zdrowe ciało. Bo potrzeba tak niewiele, tak cholernie mało przy replikacji, abyśmy wylądowali z Downem i innymi chorobami. I w tym właśnie momencie pokazywano straszne, niedorozwinięte ciała małych dzieci, płodów. Nie mam takiej wiedzy, żeby stwierdzić, czy te płody były w temacie, czy bardziej był to zabieg, który miał wstrząsnąć widzem. Dalej. Informacje dotyczące snu, choroby Parkinsona, ludzkiego mózgu, wszystko było w tej części.
I ta najbardziej przerażająca, zrobiona komputerowo. Przewidywanie, jak zginie świat, jak będzie wyglądał. Latające samochody to normalka, ale potem. Pustka, internet jest jak tlen, a wszyscy walczą o zasoby informacji, o energię. W końcu ciało jest zbędne, pochłania za dużo energii. Nie pamiętam niczego, co by nawiązywało do zmiany klimatu, aczkolwiek wody będą pełne zanieczyszczeń. Wsie się nie zmienią, bo wszystko się skupi na miastach. Będzie ogromne zatłoczenie, ludzie nie będą umierali, aż w końcu wszystko będzie jakąś szarą masą informacji i niczym więcej.

To co opisuję to zlepek biologiczno-fizyczny. Pocieszeniem jest dla mnie, że tam nie ma sticte nawiązań do chemii. Tzn. chemia jest powiązana z biologią i chemią, ale tu występowała tylko w nazwach pierwiastków. Po prostu, gdybym była na biol-fizie, to bym mnie to zadowoliło, gdyz za chemią nie przepadam. I tym samym nie wpisuję się w ten durnowaty schemat szkolnictwa.
Jak będę miała okazję, to ten film kupię, na własny użytek. Bo tych informacji nie dało się zapamiętać. Ponad 1.5h ciągłego podawania informacji, które sobie ulatują i nic z tym się nie da zrobić. To było piękne, cudowne i dramatyczne zarazem. Polecam.
"Brak wiedzy jest lepszy niż jej nadmiar"
 

 
Korzystam z możliwości nadrabiania zaległości. Chociaż moje sumienie mi krzyczy, że jestem nieodpowiedzialna i powinnam wykonywać kolejną prezentację, to jakoś tak sobie daje wytchnienie, choć w niedzielę pewnie będę siedziała nad książkami za trzech.
Tak. Czara Ognia to maja najulubieńsza część. Zdecydowanie, choć z drugiej strony muszę sobie przypomnieć Księcia Półkrwi i o co w nim chodziło.
Nie potrafię się powstrzymać, muszę zacząć od mojego komentarza do balu bożonarodzeniowego. To pięknie mnie podtrzymuje na duchu mnie, że chłopacy też mają problem ze znalezieniem partnerki na tego typu imprezy, bo szczerze powiedziawszy, to ja ciągle o tym zapominam. Mam wrażenie, że chłopakowi tak prosto idzie. Wystarczy poprosić i już, a dziewczyna: musi czekać, podpierać ściany, szczególnie wtedy, kiedy to do klasowej piękności wszystkich ciągnie. No, ten 20-minutowy wątek mnie urzekł i kiedyś potrafiłam go przewinąć jeszcze raz. Hermiona także ślicznie wyglądała (czyli mam takie samo zdanie, co większa część społeczeństwa: Emma wygląda tak delikatnie, kobieco). Ale coś mi się wydaje, że parringi w tej części się pomieszały. Przecież było widać, że Krum leci tylko i wyłącznie na urodę Hermiony, Ron wzdychał do panny Delakur (désolé, nie uczę się francuskiego), której w dodatku nie lubiłam, Harry do tej czarnowłosej (eee... jak jej było? jak kogoś nie lubię, to błyskawicznie zapominam imienia), a w ogóle między Harry'm, a Hermioną widać było chemię.
Jeśli chodzi o profesora Moodiego, to pisząc poprzednią recenzję, zastanawiałam się, czy go nie dać jako pierwszego na listę moich ulubionych nauczycieli, ale zanim popełniłam ten błąd, szybko przypomniało się, że przecież prawdziwy Alastor to tam prawie kwestii nie powiedział. Bym musiała komentować zachowanie Crouch'a, jako nauczyciela, a to już nie brzmi. I w ogóle cały mój szacunek poległ w g gruzach do niego, bo wydawał się takim spoko nauczycielem. Wydawał się. Nie mam pojęcia jak go ocenić, więc niech, na jego korzyść, pozostanie w strefie neutralnej.
Hmm, crushowałam też Cedrika, ale umarł tak błyskawicznie, że w wieku 11 lat, ruszyło mnie dopiero, jak Harry wrócił z jego ciałem i pucharem. Dopiero wtedy poleciało kilka łez. Ta Avada Kedavra została tak błyskawicznie rzucona: na zasadzie puff!!! i nie ma po ułamku sekundy. Z drugiej strony gdyby Cedrik się posłuchał Pottera, to by inaczej si.ę to wszystko skończyło, ale to pozostaje tylko w sferze fanfiction. Ale ja to staram się znaleźć plusy, więc przynajmniej jeden crush mniej. Jak to brzmi xD
Jeśli chodzi o całą fabułę, bez rozdrabniania się, to bardzo lubię, kiedy do samego końca coś się dzieje i nawet po punkcie kulminacyjnym, są jakieś zwroty akcji, tu je otrzymałam. Cała oprawa, jak zwykle, świetnie dopracowana, muzyka przyjemna, charakteryzacje świetne. Mogłabym się zachwycać i zachwycać, ale po co też mam powielać to, co w internecie jest tak powszechne?
 

 
Hmm. Postanowiłam, że nic nie może pójść na marne. Jeśli już, przez złośliwość losu zostałam pozbawiona magicznego urządzenia z internetem, to mogę się wypowiedzieć. W końcu należę także do tego pokolenia, na które niektórzy staruszkowie patrzą się z głęboką pogardą, a w komunikacji miejskiej każą się co chwila przesuwać. Jak ja ich nie cierpię -.-
Doszłam do wniosku, iż pozbawiona telefonu, jakoś wielce nie ucierpiałam. I nawet mi ten fakt za bardzo nie przeszkadzał. Może czułam delikatne rozdrażnienie, bo miałam ochotę sobie coś obejrzeć, czy sprawdzić, a przede wszystkim napisać SMSa (Wika, wiesz o czym mówię) i prowadzić Instagrama, czego za bardzo bez niego się nie dało robić, ale to raczej było w ramach moich zainteresowań. Na zasadzie. Ktoś lubi czytać książki, a nie ma nic do czytania, też będzie zły. Ktoś kocha rysować, a nie ma tego, czego potrzebuje, też będzie zły. Czyli to już nie wynika z uzależnienia, tylko z lubienia czego. Bo ja lubię pisać na Instagramie i oglądać seriale/filmy na telefonie. Czyli jakoś wielce nie jestem uzależniona od smartfona, tylko lubię z jego pomocą rozwijać pasje.
Czyli pierwszy wniosek: nie jestem uzależniona od telefonu.

Jednak doszłam, że jestem uzależniona od internetu. Nie mając telefonu, siedziałam, nie tak długo, ale znacznie dłużej, niż zazwyczaj, przy komputerze, w internecie. I tu leży problem.

Poza tym, jak już wspomniałam otrzymałam moje urządzenie z kompletnie wyczyszczoną pamięcią. I co zrobiłam? Pogodziłam się z tym faktem, zainstalowałam tylko praktyczne aplikacje i ściągnęłam logiczne obrazki, które uwielbiam, i które nie są wyczyszczaczem mózgu. Jedynie kontaktów nie mogę odzyskać, ale z drugiej strony jest messenger i w ten sposób uprzątnę relację z osobami, z którymi już nie chcę trzymać kontaktu lub jest mi to zbędne, a te osoby, z którymi będę utrzymywać powoli się uzupełniają. Czyli na razie tylko do rodziców i do Cb, Wika (wiem, że to przeczytasz ok. 19). No, czyli jednak reklamacja, z perspektywy czasu ma jakieś plusy.
Trzeci wniosek: Odcięłam się od przeszłości.


Jeszcze pozostaje to, jak zareagowałam na zwrot telefonu. Na początku nie miałam odruchu sięgania po niego. Ale potem, jak zaczęłam nadrabiać te wszystkie social media, to cały piątek mi zleciał, a teraz? Wróciłam do starego nawyku. Bo już u siebie rozpoznałam ten problematyczny schemat. Najpierw się zajmuję, teoretycznie obowiązkami, a dopiero potem pozwalam sobie na przyjemności, jednakże zanim w ogóle nabiorę ochotę na te obowiązki, to to odwlekam za pomocą telefonu i kończy się to zazwyczaj tak, że te moje obowiązki się niesamowicie opóźniają, a na przyjemności już, choć chcę, to czasu nie ma i w ten sposób narabiam sobie zaległości. To taki durny mechanizm, którego chcę się wyzbyć. Bo niby dlaczego nie mogę odwlekać obowiązków moimi zaplanowanymi przyjemnościami? Dziwne, prawda? Zanim dostałam mój pierwszy telefon, wiedziałam, jak to się skończy. I choć ostatnio wieszałam psy na ludziach, którzy wyprodukowali ten telefon, tak że się popsuł po 10 miesiącach, i tych co mi zresetowali pamięć przy naprawianiu, to z perspektywy tych 2 tygodni, cieszę się, że od niego odpoczęłam. A moje przemyślenia, choć błahe, zawarłam w tym wpisie.
  • awatar ` Niezależna od innych <3: Ja też uważam, że nie jestem uzależniona od telefonu, bardziej od ludzi, z którymi się komunikuję za pośrednictwem telefonu :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Mogę w końcu pokazać mój mały projekcik, ale proszę o dystans i brak kąśliwych uwag ;) Ogółem nareszcie skończyłam mojego pierwszego flipbooka, czyli książeczkę z animacją. Na wstępie dodam, że użyłam zbyt chropowatego i zbyt cienkiego papieru. Efektem jest to, że kartki słabo się przewracają i nie chciały być na jednym poziomie, ponieważ jedna zachodziła na drugą. Szkoda.
Użyłam 104 karateczek papieru, a łącznie zużyłam 3 kartki formatu A3. Ponad to wpisałam się idealnie w wyzwanie Inktober, gdyż używałam tylko tuszu. Tak, wiem, że dziś ostatni dzień Inktobera, a tematyką wpisuję się w Halloween, którego nie obchodzę, ale to już szczegół.
Jeśli chodzi o przedstawienie, to powstaje szkielet sześcianu, który zalewa się czarną materią, przekształca się w Cień, do Cienia zlatuje ćma, przekształcająca się w mniejszy sześcian, z tego sześcianu tryskają czarne promienie, wszystko znika, a na samym końcu pojawia się napis: tu będzie krew. Jak ktoś czyta tego bloga, dłużej, to zapewne domyśla się, że inspirację zaczerpnęłam z Cube Escape. Bardzo męczyłam się ogólnie z nagraniem tego, dzisiaj dodatkowo ze wstawieniem linka. Teraz widzę, że jest strasznie zblurowany (tak to się mówi?), ale lepsze to, niż nic. Na razie jestem do tego typu sztuki zniechęcona, gdyż efekt nawet spoko, ale ile czasu w to włożyłam i jak przy tym był mały odzew na Ig mnie dobił. Tak odrobinkę i też z tego powodu nie przypominam o istnieniu mojego Instagrama. Może kolejny będzie lepszy, ale nie wiem o czym zrobić. Na przyszłość na pewno użyję lepszych materiałów. Miłego.

http://v9.tinypic.com/player.swf?file=bzz9j&;s=9
 

 
Minął ósmy tydzień szkoły, a październik za chwilę odejdzie w zapomniane. Takie życie. Przestałam już odliczać tygodnie; po prostu zaczęły zapierdzielać. Tego, co będzie, prawie w ogóle nie odczuję, bo ja mam tak zajebiście, że idę tylko w poniedziałek i we wtorek. Niby tylko 2 dni, a sprawdzian, 2 kartkówki i prezentacja (za którą się nawet nie zabrałam). Szczerze irytuje mnie ten brak siły. Wczoraj byłam jeszcze w jakiś sposób produktywna i wykonując zadania na platformie, otrzymałam nawet dwie szóstki, ale to ogólne zmęczenie jest dobijające. W nagrodę sobie kupiłam 3 prince polo, które osłodzą mi szare, jesienne popołudnia, bo nie muszę dodawać, że pogoda się popsuła niesamowicie. O ile wczoraj mogłam się pochwalić produktywnością, o tyle dzisiaj zmarnowałam. ZMARNOWAŁAM. Pocieszam się myślą, że to nie moja wina, tylko moich star... ekhm... rodziców, którzy wpływaj na mnie beznadziejnie. W ostatnim czasie znowu ich co chwila wkurwiam. Nie wiedzieć czym, choć ja sobie tłumaczę, że po prostu nie potrafią zrozumieć, że mam już 16 lat i powinni mi dawać spokój, bo liceum to nie rysowanie szlaczków i liczenie do 10, a także, że nie mogą mi narzucać swojego zdania. W każdym razie przez ich głupkowaty plan dnia i ciągłe odrywanie od czynności, sprawiło, że cały mój czas zmarnowałam na inne durnostwa, bo mi zawsze trudno zebrać myśli, jak jestem odciągana. W dodatku jutro mam cały dzień poprzesuwany, bo wyjątkowo idę na wieczorną Mszę, na której będzie pożegnanie wikariusza, którego bardzo lubiłam. Był osobą charyzmatyczną, nadążająca za tym, co się dzieje na świecie i w szkołach, otwartą, nieszablonową. Ba, jako jedyny potrafił przyznać, że wina nie zawsze siedzi w młodych, a w starszych, a spowiedź świętą kończył "Trzymaj się". Jego kazania do mnie przemawiały. A teraz go już nie będzie. Dobrze, że chociaż to on przygotowywał mnie do bierzmowania. Wiem, że to, co aktualnie czytasz może wzbudzić jakieś zbędne skojarzenia. Po prostu lubiłam go jako świetnego nauczyciela. Będzie mi człowieka brakowało.
To może teraz oceny. Na szczęście ten tydzień, to była dobra passa:
○6 z prezentacji z chemii
○6 z geografii za zadanie dodatkowe
○6 z geografii z pracy na lekcji
○6 z informatyki za prezentację
○6 z angielskiego za kartkówkę
○6 z matmy za kartkówkę
○5+ z niemieckiego za sprawdzian i to była najwyższa ocena
○+ z fizyki
A tak ogółem, to nie wiem, co mam powiedzieć o minionym tygodniu. Taki trochę nudnawy. Z ciekawych obiadów na stołówce miałam kiełbaski z pieca. Bardzo dobre. Lekcje również mijały spokojnie, aczkolwiek ja jestem w ciągły stresie. Chciałabym to zmienić, ale się stresuję. Mam przylepioną karteczkę kujonki, ale nie przeszkadza mi to. Jeśli utrzymam to wrażenie do końca pierwszego semestru, mogę być pewna, że zostanie ze mną do końca liceum. Tylko mam rozminę. Czy coś mi to daje, z wyjątkiem tego, że lepiej postrzegam siebie? Przecież nie znajdę ani znajomych, ani chłopaka dzięki temu, nawet gdyby jakiś mi się bardzo podobał.

No to do roboty! Jest wpół do siódmej; przecież mam jeszcze kilka godzin, aby powiedzieć sobie, że wykonałam kawał świetnej roboty. wystarczy zrobić prezentację i raz przeczytać sobie zakres materiału na polski ^^

A to kolejna zajebista piosenka Tay. Kocham!
 

 
Mam już zrobionę tę prezentację z chemii. Jestem zmęczoa, a za dużo nie uskuteczniłam. Muszę sobie powtórzyć jeszcze angielski. Chcoiaż tyle, bo historia nie chc wejść do łepetyny, a może...
Najgorzej jest z tym, że na jutro nie mam materiału na wpis. Mam ochotę tak w psychice coś narysować, ale fizycznie, to tak śrdnio. Nawet dzisiaj pokazuję szybkiego bazgroła ze wczoraj, ponieważ nie mogę na nic ambitniejszego zebrać chęci. A tak w ogóle to mówiłam, że wczoraj popsuł mi się kabel do telefonu? Bo takie gówna robią Ech...

Sorry. Ale na serio nie polecam Mondeluzów od Koh-i-noor. Na pewno nie na sucho, bo to, co się wyczynia, to istna tragedia, na którą nie mam wpływu. Tzn. mam (wziąć lepsze kredki), ale najpierw chcę wykończyć to, co mi nie odpowiada w mojej szafie, a to trochę potrwa. Te grudki to nie jest moja wina! Tak samo nie polecam cienkopisu od Stabilo, pomimo mojej włożonej uwagi w wykonywanie obrysu, po prostu mi zjechało. Tak jakbym natrafiła na jakąś przeszkodę. Pfff... dobrze, że chociaż proporcje wyszły dobrze. Staram się testować różne pozy, a Musa, jako jedyna z piątki stała pół-tyłem na grafikach, więc to wykorzystałam. Przyznam także, że miałam problem z rozmieszczeniem jej oczu, ale w końcu się udało. No i ze spodniami miałam trochę zabawy. Co sezon postacie są bardziej dopracowane, więc jeszcze będę miała czym się wykazać ;)
 

 
A tam, zrobię podsumowanie tygodnia dzisiaj. Jest taka ładna, okrągła data, mam poza tym ociupinkę czasu. Padam na pysk i nie chce mi się nic. Jeszcze 7 dni roboczych i 5 dni wolnego pod rząd.
Hmm. Dzisiaj jakoś nie poszalałam z nagrodą za tydzień. Dwa knoppersy. Miałam na nie ochotę, ale chyba w poniedziałek kupię sobie jeszcze jakieś eklery. Piszę w pon. sprawdzian z historii, więc to będzie moja nagroda za niesamowity wysiłek i spierdolony weekend. Hehe. We wtorek mam prezentację o szkle. Ja nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale się szybciej zgłoszę, niż pomyślę, a co za tym idzie czasami jestem na siebie zła, ale zacisnę szczenę. Muszę mieć to cholerne 6. Nie odpuszczę. W środę prawdopodobnie sprawdzian z niemieckiego, a pomiędzy tym będą się przeplatały kartkówki. Zaległe. W tm tygodniu miałam napisać 7, a napisałam zaledwie 3.
Napisałam:
wos
matematykę
wok

I spierdoliłam wszystko, z wyjątkiem matmy. Taka jestem głupia.

Została:
biologia
informatyka
niemiecki
angielski

To jest, kurwa, dramat, Jeszcze większym jest to, że zarobiłam 2 czwórki. To o dwie za dużo. 4+ ze sprawdzianu z polskiego i 4 z chuojwej, historycznej kartkówki. Dlatego muszę się przyłożyć do sprawdzianu. Wiem, że inni mówią, że jest dobrze. Ale dla mnie to nie jest WYSTARCZAJĄCO dobrze. Nauka to jedyna dziedzina mojego życia, w której mogę się w jakiś sposób wykazać. A z 4 nie będę miała tego wyróżniającego paska. Jedynej markowej metki zdobiącej mnie. Aghr.

W czwartek nareszcie odebrałam telefon i chyba cały świat chce mi przypierdolić. Telefon, owszem, został naprawiony, ale, cholera, odebrałam go z porysowanym ekranem. Poza tym przywrócili ustawienia fabryczne. Cholera. Wszystkie kontakty, historia, ustawienia, aplikacje i postępy przepadły. Przepadły, cholera. Ludzie są do dupy. Nie polecam LG i EuroAGD. FAK!!! Tak się nie robi konsumentowi.

A tak ogólnie to tydzień minął błyskawicznie. W poniedziałek nie miałam lekcji, tylko taki rodzaj atrakcji na dzień edukacji, w środę odwołali ostatnią lekcję, a wczoraj dwie ostatnie, czyli mniej siedzenia w szkole. To zawsze jakiś minimalny plus. A tak poza tym, to nic. Najwyraźniej już ni mam czym podsumowywać tydzień. Nawet na mandalę nie miałam ochoty. Ciągle męczę się jeszcze z tym zaległym flipbookiem Idę zakuwać na historię. Może mi coś wejdzie do głowy. Bo nawet nikt nie chce mi odpisać na messengerze.
Muszę się jakoś zmotywować, więc na grudzień ustaliłam sobie fajną nagrodę: kolejny zestaw kulek magnetycznych i po drodze jeszcze kilka zestawów słodyczowych. ;)
 

 
Poszalałam. Poszalałam niesamowicie. Ktoś mógłby zapytać, czy to aby na pewno mojego autorstwa. Odpowiadam: tak. Wyszłam trochę z szablonu i podzieliłam koło najpierw na 6 części, a następnie każdą na 3, czyli po prostu każdy kąt miał 2o stopni. Następnie podmalowałam sobie tło 6 zakreślaczami od TOMY. Starałam się dokładnie, a zarazem niechlujnie, aby smugi były w miarę regularne. Po wyschnięciu zaczęłam sobie gryzmolić na każdej szóstce jakby osobną mandalę Liquid Longlinerem z Aldiego i efekt wyszedł bardzo ciekawy, choć prawdopodobnie dla niektórych zbyt niechlujny. I jakieś wzory liściaste, i jakieś wzory azteckie, esy-floresy, łuki. No różności. Jednak najbardziej mnie zainspirowały wzory azteckie i jak się zepnę, to postaram się stworzyć mandalę bazującą na wzorkach azteckich. Ale to dopiero jak skończę flipbooka. Potem wstawię, jak mi się uda, a tymczasem muszę spiąć dupę.
Z 7 kartkówek nie tknęłam dwóch. Muszę to zmienić :/

 

 
Kolejne podsumowanie tygodnia, 6 tydzień szkoły za mną. Nieźle. Na serio myślałam, że nie będzie o czym pisać, a za chwilę wyjdzie jakiś kilometrowy wpis. Hmm. Muszę sobie przypomnieć wszystko.
Poniedziałek minął szybciutko. Kupiłam sobie ptysie od piekarni Gwóźdź i nie okazały się za dobre, ale z kolei napisałam sprawdzian z angola! Nareszcie i przy okazji kartkówkę z historii i kartkówkę z matmy. Zawsze mniej :P
Wtorek wydałby się chwilą odetchnięcia. I w sumie takiż to był. Tylko napisałam kartkówkę z gegry i panikowałam przed środą, kiedy to prezentowałam prezentację z wosu i pisałam kartkówkę ze słówek. Babę chyba pojebało. Po chuja dawać 40 słówek? Nie wystarczy 30? To cholerstwo na kartce mi się nie chciało zmieścić, a poza tym i tak jak się umie 30 przypadkowych, to i pozostałe się umie. Nosz. Chociaż, z drugiej strony więcej lekcji minie. xD Łazanki na stołówce są pyszne i taka ogromna porcja, że miałam problemy ze zjedzeniem, ale co tam będę narzekać i tak potem zapominam, aby coś zjeść. A jeszcze istniała możliwość dokładki.
Czwartek to najciekawszy dzień: mianowicie byliśmy na lekcji muzealnej, ale mam wrażenie, że jak byłam z moją gimnazjalną polonistką, to ona jakby więcej załatwiła, poprosiła o więcej informacji, większe tempo. Nie mam pojęcia, ale chyba obejrzeliśmy 5 obrazów na krzyż i to było takie nudne, że prawie przysypiałam na stojąco. Kiedy wracałam, okazało się, że tramwaj jeździ zupełnie inaczej i tym samym najadłam się niemałego strachu, bo ja to takie maleńkie dziecko w tych sprawach. Zdarza się. Wieczorem z kolei była integracja i mam wobec niej, z perspektywy czasu, mieszane uczucia. Bo ogólnie to średnio mi się podobało. Zawsze powtarzam: ja i integracja to oksymoron. Ehhh, ale już poszłam, żeby pokazać, że się chociaż w jakiś sposób staram być częścią klasy. I tak?: naprzemian żałowałam i cieszyłam się, że tam poszłam. Integracyjne zabawy były do dupy, ale opanowałam sztukę śmiania się na zawołanie. Hehe. I jakoś to było. Z plusów to jedzenie, oczywiście, były coś a'la duże ciastka amerykańskie i ciasto czekoladowe. Ja się na to rzuciłam i czuję, iż nie powinnam tyle zjeść. Czyli plus i minus zarazem, ale kiedy wróciłam do chaty, to spięłam tyłek i poćwiczyłam. Nie mogę pozwolić, aby mój kaloryferek sobie poszedł. No i był jeszcze jeden plus: zaprosił mnie taki jeden chłopak do tańca i zrobiło mi się tak miło, ale niestety nie oczekuję niczego więcej. Zerwałam się 40 minut przed zakończeniem. Nie potrafiłam już tam usiedzieć, a prawie do końca jadłam. Meh, to moje obżarstwo.
Piątek zdecydowanie należał do luzackich dni. Nauczyciele, przez wzgląd na wcześniejszą integrację, nie pytali, w związku z tym odwołano mi kartkówkę z matmy. Szkoda. Ogromna szkoda. A na stołówce były racuchy z musem jabłkowym. Dobre; za dużo proszku do pieczenia, ale chociaż w tłuszczu nie pływały.
Co do zdobytych ocen, to nie narzekam:
-kartkówkę z chemii, którą "spierdoliłam", to dostałam z niej 5
-z niemieckiego dostałam 6
-z polskiego wpadły 2 piątki
-z tej poniedziałkowej kartkówki wpadło 6 z matmy
-z podstaw przedsiębiorczości też wleciała 5
-no i z tej prezentacji z wosu też wpadła 6 na szczęście wszystkim się podobało
I tu przejdę płynnie do nagrody za miniony tydzień. Mianowicie chciałam sobie kupić dziurkacz zaokrąglający rogi. I kupiłam, ale zły, bo chujowo pokazane. Kurwa, nawet dziurkacza nie potrafię sobie kupić. Owszem robi na rogu łuk, ale wklęsły, a nie wypukły. I taki mi się na chuj przyda. 16 zł sobie poleciało. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć kogoś, kto odkupi go ode mnie za 10 zł. Więc nagroda na minus, co z niej korzystać nie będę.
Dalej. W przyszłym tygodniu mam 7 kartkówek rozłożonych na 3 dni. Chujowo. Na razie umiem tylko na dwie. Kurwa. Może jak zepnę dupę, to całą biologię dziś ogarnę, a jutro wos. Dobrze by było.
No i zakończę podsumowanie soboty, a sobota była równie chujowa. Ludzie też są chujowi. Ja też jestem chujowa. Mianowicie tydzień temu napisałam: " Za tydzień odzyskam już telefon i nareszcie będzie szafa (remont w toku)". Szafy nie ma, bo montażysta się rozchorował, a telefonu też, kurwa, nie mam i nie wiem, co się z nim dzieje. Babsko pierdoliło 14 dni temu, że do 14 października będzie wysłany SMS z informacją o odbiorze. I chuj. I chuj. Nie ufam ludziom.
 

 
Coś jestem do tyłu, ale co to za nowość. Co to za nowość :/ Ale, tradycyjnie, ponarzekam sobie jutro.
Ów tytuł chyba rozpoczyna tę połowę, która podobała mi się mniej, aczkolwiek mogę się mylić w kolejności, bo muszę sobie odświeżyć pamięć o Księciu Półkrwi. Orientacyjnie jest na 4 lub 5 miejscu.
Głównie podobał mi się przez wątek tajemnicy i przez dementory. Tu mi się właśnie chce wkraść dygresja: mianowicie, jak byłam na obozie, po 6 klasie i po podchodach wracaliśmy, to zanim weszłam z grupą do naszej części sypialnej, to przybiegł do nas jakiś chłopczyk. Mały. Dla innej części grupy odbywała się dyskoteka i ten chłopczyk zaczął krzyczeć coś a'la: tam był dementor! Był na suficie! Obrócił swoją głowę! (prawdopodobnie chodziło mu o 180 stopni) i przy tym wskazywał na ów budynek. Kilka dziewczyn, w tym ja chciałyśmy mu wytłumaczyć, że to niemożliwe, żeby widział jakąkolwiek kreaturę. W każdym razie, ja pierwsza straciłam cierpliwość i sobie poszłam. Prawdopodobnie przez takie sytuacje Harry Potter jest zakazany w niektórych środowiskach.
Przy czym to ja? A tak. Dementory mi się podobały, tak samo jak profesor Lupin. Pierwszy przyjazny, kompetentny, mający jeden problem, który nie pozwalał mu być dyspozycyjny. Szkoda, szkoda.
Sam również początek reprezentował się ciekawie. Napompowanie ciotki i zwianie z domu (jak zawsze xD). Oglądając po raz któryś raz jednak, zamiast odczuwać chorą satysfakcję, najzwyczajniej nabrałam ochotę na coś do jedzenia, a dokładniej na ciasto z dużą ilością biej śmietany. W sumie do teraz mam ochotę xD
Hmmm... I tu zaczynają się robić małe schody, bo akcja podkręca się dopiero na sam koniec.
Lekcje. W sumie to najbardziej ta z Dziobkiem. Było tak uroczo ♥ I tak wolę feniksy, ale z drugiej strony na feniksie sobie nie polecisz, a hypogryf nie wyleczy łzami. No i nauczycielka od kryształowych kul też ciekawa, ale niesamowicie mnie, zpr, wystraszyła.
Dalej. Hmm... To co też mi się spodobało, to to, że jak się przemieszczało w czasie, to nie było się biernym oglądaczem historii. Nie chodzi mi o samo ratowanie Syriusza, czy Dziobka, a bardziej o to wycie Hermiony (w scenie z Lupinem-wilkołakiem), rzuceniem kamieniem, czy wyczarowaniem patronusa, chyba wiadomo, co chcę przekazać. To także niesamowicie pomysłowe. Sam zwrot akcji z Peterem też był interesujący. Zawsze wartość filmu (tudzież filmu, żeby nie było) wzrasta w moich oczach, jeśli występują fragmenty z dociekaniem, opisem jakiś wydarzeń lub wyjaśnieniami...
Postać Syriusza także należała do ciekawych i także niosła ze sobą przesłanie. No bo zobaczmy, jak często niszczy się czyjeś dobre imię. Straszne to jest. Black świetnie nadaje się na ojca chrzestnego, ale to już chyba bardziej jest odniesienie do kolejnych części, gdyż w tej byli zbyt zaabsorbowani postacią Pettigrew. Kocham bezpośredniość, a odczułam jej promil w tej propozycji zamieszkania razem. Tak jakoś, nie wiedzieć czemu, skojarzyła mi się.
Zastanawia mnie tylko jedno. Na serio Hermionie dali Zmieniacz Czasu, aby mogła być na wszystkich zajęciach? Toż to nieodpowiedzialne. Nie chodzi o to, że gardzę pracowitością, nie ufam Hermionie, itd. Ale nie zapominajmy, że ma 13 lat, a co chwila (może trochę hiperbolizuję) słyszę, że to niebezpieczne. No i gdzie tu logika. Po za tym, za pierwszym razem, będąc 11-latką, nie przemawiało do mnie, dlaczego Hermiona pokazywała się na zajęciach, skoro Harremu powtarzała, że nikt nie może ich zobaczyć. Rozumiałam, że dyskrecja w sprawie Dziobka, ale reszta... I jeszcze nie potrafiłam zrozumieć tego, że jakby dodaje sobie przeszłość, a nie ją zmienia. Coś mój móżdżek nie potrafi tak myśleć.
A co do Pottera, to za pierwszym razem miałam wrażenie, że zestarzał się strasznie, a teraz, jak sobie patrze, to się zastanawiam, dlaczego tak stwierdziłam.
Niemniej, jak zwykle spędziłam bardzo miłe 2,5h przy oglądaniu. Doceniam starania. Wszelkiego rodzaju. Mapa Huncwotów to także spoko przedmiot. Mega przydałaby mi się w mojej szkole, a jeszcze bardziej, gdyby ostrzegała, kiedy ktoś podejdzie do mnie za blisko. Heheh. Nie no, w sumie lubię, ale kolejna recenzja, to będzie bułeczka z kremem wedlowkim. Pyszna i prosta. Złe porównanie, ale nie karzmy mnie po całych 5 dniach wysiłku fizycznego, dobrze?
Dzięki za przeczytanie kolejnego zlepku, który bardziej powinnam nazwać. Zlepek myśli o... ale tego nie zrobię, a może zrobię. Nie wiem. Doradzisz?
 

 
Kolejny rysunek z serii przerysowane z digitala. Po prostu, znowu w aplikacji Teen Wallpapers zobaczyłam fajną prace, która mi się podobała. Wiem, że ostatnia dziewczyna nie przypadła do gustu, ale ja proporcji na pewno nie sknociłam; po prostu tak była narysowana. Więc możesz odetchnąć z ulgą-na razie to ostatnia praca tego typu i uważam, że wyszła mi lepiej. Ta z kolei jest podobno anorektyczna, ale co tam. Podobała mi się, więc narysowałam.
Użyłam papieru do markerów Molotow A5
BrushamrkerówPRO od Karin
Biały Żelopis od Sakura
Czyli taki standardzik
Teraz śmieszy mnie, jak zdjęcie wyszło: pozlewały się te wszystkie plamy i jest taki trochę wyretuszowany...
I nie wiem, co jeszcze o tym opowiedzieć. Mogę jedynie dodać, że zrobiłam prezentację z wosu i wygląda całkiem przyjemnie. Ma tylko 22 slajdy, które, mam nadzieję, wystarczą. Nauczyłam się na matmę, a historii jeszcze będę powtarzać. A podobno liceum miało być takie zajebiste. -.-
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie potrafię jeszcze zrezygnować z podsumowania tygodnia. Wydaję mi się, że mam za dużo do napisania, choć praktycznie nic się nie wydarzyło. 5 tydzień za nami.
Poniedziałek nic nie zapowiadał. Był sobie spokojną ciszą przed burzą. Dopiero we wtorek odczułam taki porządny wkurw. Baba z angielskiego przełożyła sprawdzian, a ja spieprzyłam kartkówkę z chemii. Chuj, że miałam szczęśliwy numerek. Była zapowiedziana, a ja jestem idiotką. Nie oszukujmy się. Heh. Nauczyłam się wszystkiego, a i tak spierdoliłam. Jej. Bo nie zrozumiałam, o co kaman w poleceniu. -.-
Przechodzimy do środy. Dnia, wydającego się najgorszym w pryzmacie pięciodniowej tragedii cz. 5. Kartkówka z niemieckiego i przełożony sprawdzian z angielskiego. Wtedy to zaczęłam tracić do siebie cierpliwość. Pomimo długich, żmudnych przygotowań, to i tak spieprzyłam. Jakżeby inaczej. Dodałam przez przypadek "t" do jednego czasownika i tym sposobem już źle napisałam. A znając mojego pecha do niemieckiego, to i tak pewnie znowu wyląduję z rażącą 4. No bo jakżeby inaczej. A sprawdzian. Chuj. Przełożony, bo anglistka se wyszła, ale z drugiej strony wróciłam godzinę wcześniej, więc zajebiście. Dochodzimy do czwartku, którego jedyną złą część stanowił angielski. Hmmm. A napisałam ten test? Nie... Bo musiała być kolejka do ksero (bo baba nie przygotowała sobie tego wcześniej) i nastała normalna lekcja. Super. Nie.
I tak błyskawicznie dochodzę do piątku. W piątek sprawdzian z polskiego, sprawdzian z angielskiego i jeszcze ojciec nakręcił mnie na fizykę. Super. Może sprawdzian z angielskiego na początek. Eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee... Znowu go, kurwa, nie było, bo były grupy łączone, ponieważ nauczycielki od tej lepszej grupy gdzieś sobie też poszła I ja w myślach takie fffffffffaaaaaakkkkkkk. Nasza anglistka też niezadowolona. ._.
I jeszcze dodajmy, że na fizyce też nic nie było: całą lekcję oddawała nam kartkówki i diagnozy. Diagnozę to pal licho, a kartkówka: 5+. Najwyższy wynik. :P
Ale i i tak straciłam do siebie cierpliwość. Przez polski. W czwartek zakuwałam równo z 5 godzin, a na teście Tyrezjasz zlał się mi z Tyrtajosem w jedno. Noszzz. I jeszcze spieprzyłam liryków greckich. Błagam o 5. Błagam. Nie rób mi tego kobieto :/
W piątek także moja kasa miała se nocowanie, z którego się wywinęłam. I tak za pół roku rodzice będą wygadywać, że marnuję ich hajs, gdyż nie korzystam z takich imprez. Cholera, nikt nie zmusi mnie do męczenia się.
Na zakończenie tego jakże pięknego maratonu, zaszalałam: 2 czekolady i baton. Trudno. Będę gruba xD
Dodam jeszcze sobotnie przemyślenia. Główny wniosek: październiku, skończ się, bo jesteś do dupy! A to z kilku powodów: kartkówki z historii, matematyki i zaległego sprawdzianu w poniedziałek. Kartkówki z geografii we wtorek. Kolejnej kartkówki z niemieckiego i prezentacji z wosu w środę. Najs.
Już sobie jako tako tę historię ogarnęłam. Angol i matmę jeszcze sobie powtórzę, a prezentację z wosu jeszcze szlifuję. Raczej nie skończę, ale będzie spoko. Chyba.
Jednak zamiast odpocząć w ten weekend, to muszę się nasłuchiwać jaka to ja brzydka i nienormalna jestem. Porównywana do osoby, którą moi starzy za bardzo nie tolerują i inne bzdety, które powinny mnie zasmucić, ale na razie mam na nie wyjebane. Za tydzień odzyskam już telefon i nareszcie będzie szafa (remont w toku). A tymczasem wracam do nauki, bo guzik se porysuję.
  • awatar Millscape: @` Niezależna od innych <3: Zgadzam się. W Anglii, czy też w Ameryce jest zupełnie inaczej i potem się wielce dziwią, że młodzi emigrują, a społeczeństwo się starzeje.
  • awatar ` Niezależna od innych <3: Gdy to przeczytałam doszłam do wniosku, że to wszystko i tak na ch*j. Wiem jak teraz w życiu, mało rzeczy ze szkoły się przydaje, a każą się uczyć i uczyć.. Jak widzę, masz kartkówkę za kartkówką.. Osoba taka jak Ty-ambitna ma tak na prawdę mało czasu dla siebie.. A nauczyciele narzekają, że uczniowie się nie uczą.. a jak mają się uczyć, gdy 8h w szkole i jeszcze kilka w domu, b cokolwiek ogarnać. System szkolnictwa w Polsce jest beznadziejny.
  • awatar Millscape: @Dysocjacja: Zgadzam się co do tego niemieckiego. I to jest najbardziej wkurzające -.- Dziękuję za miłe słowa. Ty również się trzymaj :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Już skończyłam serię z porami roku. I muszę przyznać, że to kolejna, która mi się podoba. No wychodzą one, są szybkie, można się pobawić z przyborami i nikt od moich mandal nie wymaga, aby były cudne. Chyba nikogo nie zaskoczę z kolorystyką (z resztą przy poprzednich przecież też nikogo nie zaskoczyłam).
-czarny nr 1
-popielaty nr 4
-lila nr 10
-paryski błękit nr 12
-niebieski nr 13
-ultramaryna nr14
Oczywiście rystor. Rystor mój ulubieniec. I ta piękna lila. Jest taka delikatna, w takich ślicznych chłodnych tonach. Nie zdziwię się, jeżeli poświecę jej całą mandalę, tylko musiałby być to odpowiedni wzór...
Jeśli chodzi o tę pracę, to głównie wzór śnieżynkowy, z nawiązaniem zarówno do pełnego motywu, jak i do akcentów w pojedynczym okrążeniu. Popielaty symbolizował śnieg, a czarny te gołe drzewa. Z kolei lila użyłam do esów-floresów-nawiązanie to tych wzorów na przymrożonych oknach, a także do fikuśnych, metalowych furtek, które kojarzą mi się z tym krajobrazem. Teraz to tylko zabierać się za kolejne rysunki. Mam sporo pomysłów, tylko nie wiem, jak będzie potem :P
  • awatar Millscape: @Kate - Writes: Miło mi to czytać :)
  • awatar Millscape: @rozpisana94: Nie mam. Na razie wystarcza mi Pinger, ale skrycie myślę o YT, choć nie wiem, czy znajdę siłę przebicia.
  • awatar Kate - Writes: Mandale są cudowne. Zimowa chyba właśnie najbardziej mi się podoba.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Boże, jak ja kocham to uczucie wpinania kolejnego rysunku do segregatora. No kolejny mały sukces. Dostałam 5 z angola za odpowiedź, więc jest zajebiście. I jeszcze ogarnęłam naukę prawie do końca tygodnia. Ale nie chcę wszędzie tyle pieprzyć o szkole.
Włosy. Znowu włosy z Instagrama. Ja bym nazwała tę fryzurę puszczanym dobierańcem. To pomarańczowo-różowo-fioletowo-granatowe ombre było tak śliczne, no cudo wizualne (nie zdecyduję się na farbowanie moich włosów, bo są tak cienkie, że boję się je aż tak maltretować). Rysunek skończyłam błyskawicznie. Może nawet się zmieściłam w 5 godzinach. Oczywiście musiałam użyć tego opalanego papieru, w którym jestem tak zauroczona-nie jest najwyższej jakości, albo to kredki nie dają rady, ale rysunki i tak wychodzą mega. Co do kredek, to mój ostatnio standardzik, czyli Faber-Castell Zamek. Bardzo żałuję, że nie są dostępne na sztuki. może, gdybym była jakąś YouTuberką, to udałoby mi się wysupłać taką możliwość. Na razie mam wszystkie w zestawie, ale i tak jest to niepokojące uczucie, kiedy zielenie w ogóle nie były temperowane, a czerń i, ku mojemu zdziwieniu, śliwkowy wyszły w 1/3. Co do żelopisu to męczę z wypisaniem ten od Pentel. A wracając do barw, mogłoby być jeszcze więcej kolorów, bo brakowało mi paru odcieni. Ale i tak uważam, że wyszło bardzo okej. Dużo lepiej od tęczowego warkocza. No miesięczny postęp widoczny! Wszystko mi się podoba, z wyjątkiem zdjęcia. No jest krzywe, rzuca cień jedno "zagięcie", ale musiałam to fotografować pod kątem, przy którym nie odbijałaby się lampa, bo kredki na samym końcu się mega błyszczą. No i jeszcze ta kartka się trochę podwinęła, ale zapewniam, że w rzeczywistości wszystko jest prościutkie i identyczne w konturach, jak na zdjęciu. Aż mam ochotę zacząć kolejny rysunek, ale sobie już daruję, ponieważ mam kilka rzeczy do zrobienia i chciałaby w coś jeszcze pograć xD.
Informuję także, że ponadrabiałam wszystkie wpisy. Tak mi mówi mój kalendarz. Postaram się, aby posty pojawiały się w piątek, sobotę i niedzielę, ale też nie będę na siebie naciskać. Nie mam czasami czego wstawiać, a blog głównie bazuje na rysunkach i rzeczach z tym związanych.