• Wpisów:437
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:dzisiaj, 09:11
  • Licznik odwiedzin:99 343 / 1005 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Chciałam dzisiaj napisać wish list, ale jest kilka spraw, które wymagają komentarza. W końcu nastała ta chwila, kiedy życie tego bloga wisi na włosku (zazwyczaj wisi na sześciu), bowiem od dzisiaj weszło w życie kolejne prawo, aby ograniczyć naszą prywatność. Cookie były znośne, to też by przeszło niezauważone, gdyby nie to, że nie mogę się zalogować, może to wina komputera czy łącza, ale pół godziny straciłam, zaznaczając ptaszki przy ustawieniach i nic!!! Dopiero teraz udało mi się jakoś ogarnąć z telefonu, wykorzystuje to, bo nie pozwolę, aby ostatni wpis to była recenzja średniego filmu. Nawet nie wiecie, jak mocno nie lubię tej czynności; wszystko bowiem idzie tak wolno, a mi zawsze jeszcze spać się chce. Jak dokończę, to będzie cud.
Wszystko mi się zlewa, a zresztą pozwalam na to, skoro tak nienawidzę tej szkoły. Mam jej już tak dosyć, nic mi nie idzie, ale jakoś przeżyje te półtora tygodnia: poniedziałek matma i poprawa z fizyki, wtorek:gegra, a środa niemiecki. Czy dużo czy mało. Nie wiem. Wiem, że gdyby nie sprawdzian z fizyki, to dzisiaj by była ostatnia fizyka w moim życiu. Nie dociera to do mnie. Szkoda, że ten przedmiot jest niepewny z oceną, bardzo niepewny, a jeszcze wyszło, że moja grupa miała najgorszą prezentację. Z chemii znowu pani się coś uroiło, bo kto robi nie zapowiedziana kartkówkę lekcja po lekcji. No kto?!!! W ogóle w tej szkole nie czuję, żeby nadchodziły, tylko kalendarz o tym informuje, bo jeb, jeb, jeb. Ciągle sprawdzianu. Modlę się jedynie, aby nie było sprawdzianu z historii, bo skoczę.
No i wczoraj miałam imieniny, rodzice, jak wspomniałam, byli kochani i byli jedynymi, którzy o nich pamiętali. Dostawał kasę, fajnie i jakieś dwa tygodnie temu dostałam bluzkę z dwustronnym i cekinami. Mi to wystarczy, aczkolwiek mam parę zachcianek i mam nadzieję, że dzisiaj będzie lepiej z łączem i jebane WP pozwoli mi się zalogować.
W weekend na pewno pójdę do sklepu, bo ile można się uczyć. Wiem, że jak skończę szkołę, to jeszcze zatęsknie, ale wtedy to za gimnazjum, za bardzo nie pasuje do tego liceum. Nie rozumiem ich logiki, mam wrażenie że panuje u nich jakaś propaganda, nach, a ja jak zwykle o szkole, jak zwykle.
 

 
Kolejna wolna informatyka, więc korzystam, bo tylko taka lekcja może mnie zmotywować, aby napisać piękną, naszpikowaną spoilerami, recenzje. Chciałabym się jeszcze zrealizować wish list, ale to raczej jutro, więc dzisiaj zjem sobie kawałek ciasta z okazji imienin. Hu, hu
Zaczęłam od drozda, ponieważ był bardziej kultowy, poza tym bulwar źle mi się kojarzył, więc zostawiłam go na koniec. Niecałe dwie godzinki, nie jest źle, miałam mniejsze oczekiwania od tamtej. I tak od razu, dużo bardziej mi się bardziej podobało. Dlaczego? Najwyraźniej lubię psychiczne relacje. Film opowiadany był w formie pamiętnika przez faceta, który okazał się, że nie żyje, bo go jego sponsorka zabiła. To nawet nie jest spoiler, wiemy ów fakt od początku filmu, co jest dziwne, niespójne, nienormalne. W każdym razie ten facet pracował jako reżyser, był zadłużony, aż pewnego dnie trafia pod willę (od tego miejsca powstał tytuł filmu), wyglądającą na opuszczoną, spotyka tam diwę, która na wieść o jego zawodzie, chce go zatrudnić. Jest już przeminiętą gwiazdą, lecz nie można jej odmówić braku pieniędzy. Funduje temu gościowi wszystko, ubranie, pokój, wszystko, co chce. Diwa jest samotna i ma problemy o podłożu psychicznym. Mieszka ze swoim kamerdynerem, który w dalszych minutach okazuje się jej byłym mężem, ciągle ją kocha i nie chce pozwolić, aby dotarła do niej smutna prawda. I tak naprawdę widzimy rozwój relacji pomiędzy scenarzystą, a diwą. Wydawałoby się, że relacja kwitnie,kochają siebie, są ze sobą szczęśliwi, scenarzyście początkowo to pasuje, lecz nie chce ją dłużej karmić kłamstwem i pewnego dnia odchodzi, chce odejść, ale dostaje strzał i wpada do basenu.
Film jest taką retrospekcją, gdyż poznajemy historię, jak doszło do takiego rozwiązania sprawy, fajny zabieg, ale np, ja przez to nie czułam zżycia z głównym bohaterem, tym bardziej, że jak najęty lektorował sobie. Fabuła raczej monotonna (przebita mocniejszymi uczuciami, jak zazdrość i, jak domniemam, skupiona na budowaniu atmosfery tej willi. Na muzyce się nie skupiłam, czyli dobrze współgrała, lecz też nie była wybitna. Film z tych czarno-białych, ale jak teraz wracam wspomnieniami, to mój mózg zapomniał ten fakt i mi niektóre sceny podkoloryzował. Do zjedzenia, raczej nie wzbudził we mnie żadnych skrajnych emocji, toteż nie potrafię się za bardzo rozwodzić. Złożoność charakterów głównych bohaterów też nie powalała i niektóre wybory bohaterów przewidywałam kilka minut przed.
Obejrzeć można, ale raczej nic więcej nie wyciągnięcie, żadnego drugiego dna czy coś. Może jedynie tyle, że nie warto ufać starszym, zamożnym diwom.
 

 
Elo, dawno nie było podsumowania tygodnia, jakoś nie miałam ochoty zbytnio narzekać i teraz także nie mam, wiecie, niedziela, późny wieczór, przede mną 5 dni, trzeba się psychicznie przygotować, tym bardziej, że zostało z 2,5 tygodnia, a za chwilę mam moją przerwę czerwcową. Przytoczę taki życiowy przykład. W piątek po południu, dwa tygodnie temu, szłam sobie do Auchan i byłam zadowolona, zakupy się udały, ba, nawet babcia mnie w kolejce przepuściła, a jak tata wrócił z pracy to dał mi powerbanka, którego sam dostał w pracy. I to nie byle jakiego, bo na 12 godzin! A w ten piątek? Smutne, tak wypluty flaczek, patrzący się ze złością przez łzy na współtowarzyszących w komunikacji miejskiej. Dlaczego? Bo się wtopiłam w poprawę z fizyki, na którą nie mam siły się uczyć, a że fizyczka jest specyficzna, to mi pojedzie po ocenie. Jestem zmęczona myśleniem o przyszłości, dla wielu jest to pewnie obojętne, ale ja mam coś takiego, że jak posiadam perspektywę sprawdzianu, to budzi się we mnie poczucie winy, że nie powinnam ani rysować, ani grać, ani nic tworzyć. No i mam te wyrzuty, a z drugiej strony zbuntowana część krzyczy, że jej się nie chce uczyć!!! No to consensus se znalazły taki, że można zawsze sięgnąć telefon i poprzeglądać te scrollowane strony. Przecież to tylko minutka, za chwilę się zachce. Lecz to nie nastaje lub nastaje późnym wieczorem, a potem mam wkurw, że mogłam porysować, popisać i yak dalej i tak dalej. Bez sensu. Wiem, ale tak wychodzi i to też męczy. Po produktywnym dniu jestem zmęczona cieleśnie, a po takim dniu psychicznie, a jak psychika, takie ciało, to i wyglądam jak flaczek, leżący na kanapie, myślący, że kolejny dzień będzie lepszy. A kiedy nastają wakacje, to odżywam i to jest piękne.
Tak z pozytywniejszych rozkmin, to zauważyłam, że dużo bardziej cieszę się z zieleni, po pół roku wracania po ciemku z jebanej budy, w której mam mnóstwo lekcji, teraz mam trochę więcej energii życiowej, ale z drugiej strony, jak znowu nastaną mroczne czas, to będę miała depresję jesienną chyba. Ale to się pomartwię w drugiej klasie.
Pojawiło sie też kilka drobnych, materialnych zachcianek, ale to wpisane w ludzką naturę. I chyba zrobię sobie post z takim wish list, a nuż zrealizuję, czemu nie, a jak ktoś wpadnie ze znajomych to przynamniej będzie wiedział, co mi kupić na urodziny, które są za miesiąc *śmiech* żaden z moich znajomych nie chciałby na mnie wydawać hajsu. BTW NIE DOSZŁA PACZKA OD DOKTORA GERARDA. ZROBILI MNIE W KONIA. Spróbuję do nich napisać, ale czy to da radę? Mój mózg mi podpowiada, że nie, tym bardziej, że miałam straszny sen: wsiadałam do taksówek i miałam obawę, że koleś mnie chce zgwałcić i ta obawa zagnieździła się w mojej głowie i już nigdy nie wejdę do taksówki przez jeden, aczkolwiek prawdopodobny, sen.
 

 
Nie czuję, abym ten dzień zmarnowała, skończyłam wos, zaczęłam fizykę, za chwilę się zabiorę za matmę, a i jeszcze za mną sklep. W ten weekend jestem uziemiona.

http://www.2keysgames.com/games/escape_pear_room.html

Dzisiaj trochę świąteczne klimaty. Znowu jesteśmy Rupertem, któremu powierzono kolejne zadanie, ma być świętym Mikołajem na imprezie i musi się wydostać z pokoju. Ta produkcja 2 KeyS pokazuje, jak można zastosować funkcję powiększania. Pear room skupia się bowiem na odnajdywaniu fragmentów puzzli, które są ukryte w różnych miejscach w pokoju. Nie wypiszę wszystkie, ale postaram większość.
Najpierw to trzeba si naklikać na łóżko, aby wydobyć ciupagę i pierwsze dwa kawałki puzzli,
dwa znajdują się na obrazku nad łóżkiem,
za pomocą ciupagi, jeden jest w torcie, a drugi w krześle,
w skarpecie lewej znajduje się kąt, mający na języku puzzel,
kiedy włożymy na reniferową głową gwiazdę otrzymujemy kolejny, na parapecie
-za pomocą takiego haka należy oczyścić piec i najpierw -zdobywamy obroże, następnie kawałek
-pod rogami dywaniku jest jeden
-przy każdej narcie jest po jednym ukryty
-pod wiaderkiem
-za biegunem krzesła
-w lampce, jak się światło zapali
-zegar jest trudny; wskazówki na dwunastą, pociągamy trzykrotnie, dotykamy drzwiczek i spróbujcie trafić kursorem xD
-z szuflady zabieramy nożyczki, w niej jest jeden puzzel
-nożyczkami odpakowujemy prezenty! (bardzo fajna sprawa), pod ich stosem jest kolejny
-należy potrząsnąć parę razy czapką
-pod drzewkiem jest kolejny
-rozcinamy worek, do gruszek dokładamy bombki z choinki, a świeczki spalamy za pomocą zapalniczki spod dywanika, ciupagą ogołacamy drzewo, kolejny na samym czubeczku. I teraz najważniejszy part. Z inwentarza odkładamy wszystko, dopiero wtedy możemy zabrać pień i nim wyważyć drzwi!
-w worku za choinką, który otwieramy nożyczkami jest kolejny puzzel
-po kupką śniegu za drzwiami, bierzemy szufelkę i zmiotkę
-a hakiem od razu przyciągamy brodę

No i największa zabawa! Puzzle bez obrazka! Zajmują mnustwo czasu. Tak samo jak odtworzenie 6 melodii z dzwoneczków, jeśli Tobie też słoń na ucho nadepnął, to polecam nagrać dyktafonem i jest klucz do sejfu. Ponownie zabieramy paczki, naciskami przycisk, otwieramy sejf kluczem, pozyskujemy wypłatę i strój mikołaja, zabieramy rękawice, czapkę, kijki i narty i możemy uciekać!!! Baju, baj!

I w taki oto sposób spędziłam godzinę mojego zycia. Nie uważam tego za stracony czas. Hehe, dobranoc.
 

 
W notce zakochana w grach typu escape, a od pół roku nie wstawiłam żadnego postu z tym związanego. Zakładając bloga, byłam stricte przekonana, że w głównej mierze skupię się na grach tego typu, ale jak wyszło, to sami widzicie. niby ciekawy temat, dla mnie, ale zainteresowanie zerowe. Akurat mam na to hype i pomimo, że powinnam uczyć się Adasia (fuck you), to wolę sobie posiedzieć przy grach.

http://www.2keysgames.com/games/escape_ecru_room.html

Gry od 2KeyS sa bardzo specyficzne. Mają ten swój, odmienny charakter, bowiem można wejść w interakcję z prawie każdym przedmiotem, ą długie i realistyczne. Ponad to nie są takie oczywiste, a niektóre kwestie rozwinięte. Każdy pokój to jakby inny kolor, dzisiaj zajmiemy się Ecru, zmienię trochę przekazanie informacji.
Pokój Ecru, to tak naprawdę mała pizzeria/kawiarnia, mająca w nazwie ecru. Jesteśmy pracownikiem tej pizzerii, Rupertem, i to nasz ostatni dzień pracy przed wakacjami, także po wypełnieniu obowiązków, możemy wrócić. Gierka klimatyczna, pada deszcz, odgłosy spokojne, nie budzące grozy, kiedy próbujemy się rozeznać, o co chodzi, przychodzi jakiś klient. Po wstępnych poszukiwaniach można odnaleźć książeczkę z przepisami na pizzę, a także kartkę, która mówi o VIPach-kto, jak zmodyfikowaną pizzę lubi jeść. W sumie od początku ma się problem ze znalezieniem noża; znajduje się on bowiem pod jedną z doniczek za stolikiem, dzięki niemu można otworzyć worek mąki, czy przegonić nim podszywających się pod VIPów, inne osoby, co jest dosyć niestandardowe. Z przygotowaniem samego ciasta mogą być małe komplikacje, np. nie każde jajko, które zapoda nam program, nadaje się do włożenia w ciasto; muszą to być takie, które obracają się mało razy. Po przygotowaniu ciasta, trzeba POCZEKAĆ REALNY CZAS, ABY WYROSŁO (rzadko dbają o takie szczegóły), potem je należy ugnieść, przewałkować i położyć składniki, zwracając uwagę na preferencję, aby kilkuminutowa robota nie poszła na marne. To, co może zdziwić, to kilka rodzajów krewetek i jeśli nie wiecie, jakie dane państwo a kolory we fladze, to nie ukończycie tej gry. No i większość składników należy uprzednio pokroić. Te detale są perfecto! Zabawne jest włączanie piekarnika, poprzez uderzenie młotkiem (który znajduje się po lewej stronie, ale należy się nieźle wkliknąć), a i warto dodać, skąd pozyskać blachę do pieczenia, jest nią ten kawałek metalu, wiszący nad drzwiami z napisem WELCOME i wyszorować ją. Pizz należy przygotować pięć, co uwierzcie, zajmuje trochę. Każdy z klientów w ramach podzięki daje kawałek papieru, na którym sa podane pewne informacje. Kolejnym przystankiem, jest trudna do znalezienia lokacja, po lewej stronie szafki, jest tam zestaw bolców, który należy jakoś ponaciskać, aby wszystkie się schowały, kolejne kilka minut zabawy, tym bardziej że sama nie znalazłam żadnych zależności.. Po wciśnięciu czerwonego bolca i uprzednim odsunięciu reszty przeszkadzajek, szafka się odsunie, uwidaczniając sejf i kartkę. Na kartce jest suma liter, która mówi których klientów należy zsumować kody identyfikacyjne, aby powstała liczba odblokowująca szyfr, jednak nic się nie dzieje! Trzeba jeszcze znaleźć klucz, schowany w jednej nodze stolików, kiedy bierzemy z sejmu zapłatę, włącza się alarm, a do drzwi dobija się policjant, wystarczy z okapnika zabrać widełki do nakłuwania mięsa, dźgnąć go parę razy, dopóki nie odbierzemy jego pałki, w dziurę wetknąć najpierw krzyż, następnie pałkę, odsunie się tajne przejście i jesteśmy wolni!!!

Miło mi się pisało, zachęcam do grania i odkrywania!!!
 

 
Ten blog schodzi na psy, ale korzystając z wolnej lekcji informatyki (czuć wakacje), nadrabiam posty. Przez moją kochaną nauczycielkę, zostałam zmuszona do obejrzenia dwóch filmów, na które bynajmniej nie miałam ochoty. Zaczęłam od tytułu, który w miarę kojarzyłam, ale nie byłam do niego przekonana. Główną rolę Atticusa odgrywał Gregory Peck. Seans trwał 2 godziny z hakiem, czyli już na wstępie oczekiwałam, że musi się w nim coś dziać. I szczerze się zawiodłam, bo to było nudne. Nie mam większych uprzedzeń do starego kina, ale mam uprzedzenie do wszystkiego, co zadają nauczyciele.. Niestety nie przekonał mnie do siebie, więc wiadro pomyj, choć postaram się powstrzymać, będzie trochę większe. Wcześniej pozwoliłam sobie przeczytać streszczenie, gdyż wolę wiedzieć o czym będę oglądać. Wedle Wikipedii miał opowiadać o procesie murzyna widzianego oczami dziewczynki. Atticus, o którym wspomniałam był jego adwokatem. Okej, może nie będzie źle. Problem zaczynał się w tym, że był przerost formy nad treścią. Już od samego początku zniechęciło mnie porównanie, parafrazując: było tak gorąco, że kobiety były jak ciepłe pączki polukrowane potem i posypany talkiem. Help, wiem, że to na podstawie książki, ale mogli by sobie darować. Dalej nuda, nuda , nuda. Niby łączące się sceny z życia rodzajowego; czułam się jakbym oglądała gościa pijącego szklankę wody. Jeszcze te dzieci, takie podobne i tak bez sensu przedstawione i ponazywane, że do teraz nie rozkminiłam imion. Jakoś w 40 minucie pojawiło się nawiązanie do tytułu, Atticus tłumaczył dziewczynce, że zabić drozda to większa zbrodnia niż zabić innego ptaka, ponieważ tylko śpiewa i nic złego ie robi. O ile dobrze zrozumiałam tytułowym ptakiem miał być murzyn. No, po jakiejś godzinie dziesięć rozpoczął się proces, najciekawsza część; wyjaśniał całą historię, skończył się jednak skazaniem czarnoskórego, który potem, pomimo wcześniejszych zapewnień swojego adwokata, że może da się coś jeszcze zrobić, popełnił samobójstwo i otem znowu wracamy do jakiś scenek i pojawił się z choinki jakiś inny facet, który w ukryciu coś podrzucał dzieciakom. Słabe przekazanie informacji, dużo lepiej by zrobili, gdyby dali sam proces i skrócili to do godziny. Męczyłam dwa dni i ode mnie nie daję rekomendacji, dwie godziny mojego życia dużo lepiej wykorzystywał Harry Potter, choć ten miał potencjał edukacyjny i nie tylko, to w pewnym momencie został spieprzony, do ofiary się kompletnie nie przywiązałam, Atticus był przedstawiony trochę za idealnie, nawet zwrotów akcji nie było, pod koniec sytuacja była na siłę ratowana. Ech...
 

 
Mam rysunek i to nie byle jaki. Był wykonany na konkurs i nie, nie wygrałam, a w swoim zgłoszeniu, pocieszam sie tylko myślą, ze w galerii zrobił nawet sporo polubień. Oto, co wim napisałam (bez formalności):

Przesyłam zdjęcie rysunku do konkursu pt. "Moja ulubiona postać filmowa". Chciałaby dołożyć do tego kilka słów ode mnie.
Rysunek przedstawia portret Ludovic'a Cruchota z serii filmów o "Żandarmie z Saint Tropez". Grał go wyśmienity aktor, Louis de Funes, od którego śmierci minęło 35 lat. Uważam, że był niepodważalnym mistrzem komedii, swoją ekspresją potrafił mnie rozbawić w każdej chwili i uwielbiam każdy film, w który odgrywał główną rolę, jednak to seria o żandarmie jest dla mnie najbardziej sentymentalna. Pamiętam, jak 6 lat temu, kiedy mój chomik zmagał się z ciężką chorobą (a ja, jako mała dziewczynka mocno to przeżywałam), obejrzałam część "Żandarm i kosmici". Film znacznie poprawił mi humor, czego się nie spodziewałam. Wtedy już trochę rysowałam, ale nie sądziłam, że kilka lat później uhonoruję go portretem, a tym bardziej w kolorze.
Bardzo się cieszę, że mogłam wykonać pracę na ten konkurs. Podeszłam do niego spontanicznie, gdyż jest to mój pierwszy tego typu rysunek w kolorze (wcześniej obcowałam z ołówkami) i jeszcze miesiąc temu rozmyślałam, kiedy w końcu odważę się kogoś sportretować w kolorze. Zdjęcia w żadne sposób nie ulepszałam. Do wykonanie użyłam kredek "Zamek" i jestem z nich bardzo zadowolona. Korzystając z okazji, chciałabym zapytać, czy da się coś zrobić, aby były dostępne na sztuki? Bardzo ubolewam nad brakiem tej możliwości.

Odpisali mi jak pijani, że po prostu, nie są dostępne i tyle. No cóż, szkoda. W powyższym tekście chyba bardziej formalnie zawarłam cały komentarz, dotyczący tego rysunku. Ja się czuję lepiej i ciągle ostro pracuję nad kolejnym.
 

 
Jak ręką od wczoraj odjęło! I choć miałam ambitniejsze plany, to i tak nie jest źle.
Żegnamy się w każdym razie z naszym żandarmem. Niestety była to ostatnia część nie tylko serii, jak i ostatni popis aktorstwa Louisa de Funes. Można powiedzieć: człowiek, który się nie zmienia, bo ma silny charakter i talent. Ode mnie wielki plus. Zacznę od pytania. Dlaczego w Polsce nie przetłumaczono go jako żandarm i żandarmerki? Dobrze, może w polszczyźnie nie istnieje takie słowo, ale tak trudno je stworzyć? Przecież można je na zasadach słowotwórstwa legalnie używać. Jakiś profesorek polskiego nie pozwolił? no mniejsza o większość.
Muszę jednak przyznać, że to ta część najbardziej mi się podoba (choć i tak wszystkie są ZAJEBISTE). Było wiele scen, przy których prawie ryczałam ze śmiechu: scena z kierownicą, kręceniem się z kółkiem, a najbardziej wymiatał taniec żandarma z żandarmerką na środku skrzyżowania. Uwielbiam ją! Było późno, a ja dusiłam się ze śmiechu (potem z kaszlu). I muszę z niechęcią przyznać, ale faceci w tym filmie mają lepsze łydki od mnie. Nie wiem, jak! Ale w każdym razie ciekawa fabuła. Otóż pułkownik, przydzielił naszym bohaterom 4 żandarmerki na współpracę. Pomimo początkowego nieporozumienia, okazały się bardzo piękne, tak, że zawróciły w głowie wszystkim na komendzie. Wszystko było taki spoko, do czasu, kiedy jednej nie porwano, a potem drugiej.Trzeba było ratować kobiety, aby nie popaść w niełaskę (w szczególności, że murzynka była córką prezydenta). Co prawdo mało było skomplikowanego łączenia faktów, bo to nie ta kategoria filmu, ale i ak ciekawie, na samym końcu wyszło że to żandarmerki się uwolniły, a Lodovic z komendantową wyznają sobie miłość, co wszystko odegrało się w komediowej scenie, hiperbolizując, co strach robi z ludźmi.
Jeśli chodzi o kontrowersyjne aspekty, takowe były, bowiem jedna z nich była czarna i może w dwóch miejscach zaleciało rasizmem, delikatnym. Dokładniej w scenie, kiedy Józefa pomaga wcisnąć sweterek Cruchotowi. Powiedział, parafrazując, że *KOBIETY W POLICJI, KTO TO WIDZIAŁ, W DODATKU JEDNA CZARNA! ZBLIŻA SIĘ KONIEC NASZEJ CYWILIZACJI!*. Gdyby taka scena miała miejsce w aktualnym kinie to film by został zdjęty. Nie mam nic przeciwko takim delikatnym akcentom rasizmu w filmach, ważne, a by to się nie objawiało drastycznie i nieludzko, jeśli chodzi o akcent rozsierdzający feministki, to sorry, ale ja was nie popieram, każdy nadaje się do czegoś innego i dziunia w policji w wielkimi cyckami, nawet w filmach mnie nie przekonuje. Mnie zadziwia tylko, w jaki sposób scenarzysta przewidział koniec naszej cywilizacji. Bo wg mnie to jest prawda. Zbliżamy się do samozagłady, możecie mnie osądzać, jak chcecie, ale to jest przerażające w jaki sposób to się szybko zmienia i "rozwija", zatarcie między płciami, rosnąca patola, konflikty. I tak dalej. No jasnowidz. I zamiast zwieńczyć zabawnie ostatnią część żandarma, to przeszłam na poważniejsze tematy.
No nic, to była świetna przygoda, przypomniałam sobie wiele świetnych scen. Lubię stare komedie. No dobrze, może wielu nie oglądałam, ale ta, i wszystkie z Louisem są świetne ♥
 

 
Jak bardzo bym chciała, aby i już przeszło. Niby się czuję lepiej niż wczoraj, ale nie wiem. Jestem wykończona. Bardzo, a to dzięki zaledwie jednej nauczycielce. Jedna osoba mi tak życie potrafi zniszczyć, ale jest inna potrafi sprawić, że się o tym wszystkim zapomina. A, i moja paczka dalej nie przyszła. Jeżeli nie przyjdzie do końca tygodnia, to mogę stwierdzić, że zrobili mnie w konia, a tymczasem.
Kolejny żandarm! Ta część jest dla mnie bardzo sentymentalna, ponieważ obejrzałam ją w przeddzień zdechnięcia mojego pierwszego chomika, no wiecie, byłam małym gówienkiem, przejmującym się takimi naturalnymi rzeczami. W każdym razie film pomógł mi wyczyścić myśli i znowu oglądałam z zaciekawieniem. Muszę zwrócić uwagę tylko na to, że była to część najmniej zabawna, bowiem głównym rodzajem humoru był ten oparty na opowiadaniu prawdy, w którą trudno uwierzyć. Starzeję się i nic nie poradzę na moje coraz płytsze poczucie humoru. Nie było Fougasse'a, wielka szkoda. W każdym razie właściwa fabuła rozpoczęła się od tego, że jeden żandarm udzielał informacji o widzianym trochę wcześniej spodku latającym UFO. Drogi w kolejności był Cruchot, a dopiero na samym końcu Gerber, który przekonał się w momencie, kiedy zniknęła restauracja i jak widział dziwnego mężczyznę o sztywnych ruchach, wydającego piski, potem gubiącego rękę. No i woda to antidotum, którą pokonali obcych. To było streszczenie. Jestem coraz lepsza, prawda? xD
Scen komediowych było trochę. Bezcenny Lodovic, śpiewający, będąc przebrany za zakonnicę, przemówienie Gerbera do pułkownika (ma gościu ode mnie szacunek za to), a przy tym gestykulacja Cruchota, a niezbędne nabranie Józefy (czemu zmienili aktorkę?), aby odzyskać dwóch żandarmów, mistrzowskie! Zwróciłam także uwagę na podkład akustyczny i był świetnie dopasowany! Subtelny i dodający klimatu. Z perspektywy czasu jest ciekawe porównanie, jak postrzegano kiedyś Ufo, tzn. postrzegano je bardzo stereotypowo jak na tamte czasy, a tego, co jest teraz: kosmici w każdej postaci, ale coraz rzadziej roboty. No i te piękne efekty specjalne. Luz, nie linczuję tego, starali się jak mogli, a teraz przynajmniej można odpocząć od hiperrealistycznego odwzorowywania wszystkiego.
No ni, stare wspomnienia odświeżone, jak zwykle polecam, ciekawy, choć humor może nie do każdego trafić (dla mnie to łagodniejsze przedstawienie smutnej prawdy. Jutro obiecuje finał żandarma, potem mam niespodziankę, a następnie męczenie się (lub może nie) przy filmach zadanych jako zadanie domowe przez moją nauczycielkę (postaram ograniczyć używanie obelg)
 

 
Jak ja dawno paznokci nie malowałam! Aż zapomniałam jaka to ważna część mojego życia! Przez moją chujową szkołę musiałam to zaprzestać, a jak przychodziło wolne, to jakoś były inne rzeczy do robienia. Bardzo mi się podobały moje palmy na tle zachodzącego słońca, więc zrobiłam adaptację, z tym, że wykorzystałam motyw gór. Jak zwykle zjebałam z kolorami i musiałam używać białego, lecz koniec końców efekt jest dla mnie piękny, im dłużej się na nie patrzę, tym ładniejsze mi się wydają: ombre z gąbeczki niebieski, fioletowym i żółtym (wszystko mi powysychało), ręcznie zarys gór i ręcznie gwiazdy. nie jestem przekonana, czy jest sens pisać, których dokładnie lakierów użyłam, bo zdjęcie zawsze przekłamuje, a teraz się tak źle czuję, że mi wszystko rozsadza.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Tylko słowem wstępu. Wczoraj gardło mi trochę przerzuciło się na lewa stronę, ale dzisiaj jest w porządku i mam katar na prawą dziurkę. Ale ogółem czuję się dobrze. Z wyjątkiem tego, że dostałam 4 z sukowatej historii. Nie pozdrawiam.
Korzystając z tego, że mam zajebiście dużo wolnego, obejrzałam kolejną część komedii z moim Ukochanym Lodoviciem Cruchot. Ta część wydaje mi się najlepsza, ponieważ oprócz niestandardowej fabuły, mamy mnóstwo Fougassea, którego również uwielbiam, jednak bardziej jako postać, niż aktora. A fani Nicole nie będą zachwyceni, ponieważ ona pojawiła się tak obok, w jakiej wymianie zdań. Uśmiałam się do łez.
Początkowy humor opiera się na niezadowoleniu Lodovica z zesłania na przedwczesną emeryturę. Francuska żandarmeria chce być odmłodzona i unowocześniona, a jak wiadomo, starych ludzi trudno zmienić, toteż Cruchot ma przez "zesłanie" mnóstwo wolnego czasu, który usiłuje być zagospodarowywany najlepiej jak się da przez, poznaną w poprzedniej części, Józefę. Jednak jego żona organizuje mu czas w taki sposób, że się mężczyzna męczy, ponieważ wszystko za niego robi służba, nawet wciska mu ryby na wędkę.
Do Cruchota przychodzi były komendant Gerber z byłą komendantową. Dowiadują się z gazety, że Fougasse jest w sanatorium, ponieważ na wskutek wypadku, stracił pamięć. Zbierają swoją dawną ekipę i jadą mu na pomoc, pakując się po drodze w różne zabawne sytuacje: pomagają uciec nudystom, przy czym tracą auto, przyskrzyniają nogę ministrowi, pomagają siostrom zakonnym w znalezieniu chłopaków, którzy budują rakietę z ładunkiem wybuchowym. Kiedy Cruchot ją "rozbraja", wracają na swoje stanowiska, a pułkownik (wybaczcie, nie mam głowy do nazw tych stopni) stwierdza, że to oni się sami pchali na emeryturkę. w każdym razie wszystko skończyło się szczęśliwie, a my możemy oglądać kolejne dwie części.
Jak już wspominałam, uwielbiam Cruchota, Louisa, a w tej część wydaje mi się, że najlepiej było z jego grą aktorską, nwm dlaczego. Może ze względu na scenę z rybami, scenę przedrzeźniania księdza, scenę na strychu z pamiątkami, scenę z ministrem... Za dużo by wymieniać. A i ciągle nie mogę się przyzwyczaić, że do zobrazowania jazdy używają ciągle green sreen'a. Wiem, że to stary film, ale trzeba się do tego przyzwyczaić. Polecam, polecam, polecam!
Produktywna rzecz na dziś: uzupełnić słówka z niemca.
 

 
Tak dobrze mieć spokojny weekend. Niesamowity odpoczynek dla mózgu! Wczoraj z tego wszystkiego zasnęłam wcześniej niż myślałam, a dziś obudziłam się z delikatnym bólem gardła, który nie ustępuje. Zajrzałam i wygląda trochę źle, lecz nie tak, jak kiedyś, kiedy miałam 3 razy większy języczek, czy białą ścianę gardła. Nawet gorączki nie mam., tylko katar mi się zbiera. W każdym razie miałam dzisiaj tendencję do przecierania gardła pokarmem. Mam wrażenie, że ciągle jadłam, z czym nie czuję się dobrze, bo fajnie by było czerpać przyjemność z jedzenia i jeść wtedy, kiedy się chce. A dzisiaj obu tych rzeczy nie było. Jeszcze wzięłam z bezsilności loda. Możecie pogratulować mojej głupoty. Zmusiłam się w takim razie do odrobiny ruchu, skoro nie czułam się konająco. Zjadłam tonę witaminy C, co mi powinno pomóc i znowu położę się wcześniej. Byłam dziś w galerii handlowej, aczkolwiek wypad średnio się udał. No cóż, najwyraźniej nikt nie pomyślał, że przydało by się wyprodukować niebieską, rozpinaną, gładką koszulę z krótkim rękawem. Ciągle się stresuję tą paczką ze współpracy... Będzie źle, jak nie przyjdzie. Nie, że oczekuję jej, tylko że to by oznaczyło, iż moje dane dostały się w niepowołane rączki. Ugh... Bądź dobrej myśli. Zmusiłam się także, żeby wczoraj napisać poprawę ze sprawdzianu. Chyba mi poszło dobrze. Nie gorzej niż ostatnio (dostałam 3). Udało mi się jednak zdobyć 6 z biolki i podeszłam na spontanie do prezentacji z edb i dostałam 6. Yay!!!
Chciałam także dzisiaj zrobić coś produktywnego, ale nie wyszło. Jutto muszę sobie pomalować pazurki i coś porysować. Mam tak szczegółowy rysunek sowy, że to się nie dzieje. Dzióbię i dzióbię, ale podobne efekt jest zniewalający. Zobaczymy jak skończę. Sporo planów na te kilka dni. Co do tej pory zrobiłam? Nałogowo rozwiązuję sudoku i książki. chce je wypieprzyć, a nie mam serca wyrzucać ich nieuzupełnionych. Pogram jeszcze w Simsy, bo na rysowanie za późno.
Mam tylko ogromną nadzieję, że nie będę się czuła gorzej. Po pierwsze: jest majówka, po drugie: by wyszło, że raz zmoknę to jestem chora, po trzecie: rodzicom bym musiała przyznać rację w kwestii, że jestem głupia. Jestem głupia, ale nie chcę im przyznawać racji.
 

 
Odczuwałam potrzebę napisania czegoś ponad serię, przyspieszyło moją decyzję dziwny bieg wydarzeń.
Zaczęło się w poniedziałek, na religii, było nas mało, ktoś rzucił pytanie, że teraz to ksiądz może zadać pytania. Padło: "Czego żałujesz?"Mało osób się zgłosiło, a ja poczułam potrzebę odezwania się. Brzmiało to wg mnie dobrze i odpowiednio.
Żałowałam, że nie spędzałam tyle czasu z dziadkiem. Bałam się go. Był człowiekiem małomównym, wstawał wcześnie rano, kładł się również wcześnie spać. Kiedy zostawałam z nim w pomieszczeniu, zapadała niezręczna cisza. Nienawidziłam tego, chciałam, aby rozmowa z dziadkiem się bardziej ciągnęła. Na pewno był mi w stanie wiele przekazać. Lubił oglądać filmy przyrodnicze, rysował, miał ogromną wiedzę, zwierzęta pozwalały się mu głaskać, nawet te dzikie, a kot raz mu przyniósł 3 zdechłe myszy. Niestety nie dane mi było dorosnąć do jego towarzystwa. Nie było... Zmarł 3 lata temu na rak płuc. Palił dużo. Najszczęśliwsze wspomnienie? Narysowałam dla babci i dziadka po laurce ze zwierzętami. Dla babci był ptaszek i kotek, a dla dziadka koń i pies. Dziadek mi tego nie powiedział, ale babcia mówiła, że każdemu pokazywał moje rysunki. Dla mnie niezwykła jest ta świadomość. Docenił mnie tym gestem najbardziej z trójki naszego kuzynostwa. Tak mi się wtedy wydawało. Czułam, że każdym rokiem jestem z nim związana, inaczej i że pewnego dnia zaciągnę go na długą rozmowę. Posłuchałby mnie. Jestem mądrzejsza. Niestety ten dzień nadszedł szybciej, zmarł. Cierpiał. Ryczałam. Mój tata (syn dziadka) wyznał, że był zdziwiony, że aż tak zareagowałam. No cóż...
Rysuję dużo lepiej, mam już sporą kolekcję, dziadek miałby co oglądać. Mogłabym teraz wstać razem z nim o 5 nad ranem i oglądać wschód słońca lub pospacerować w chłodzie poranka. Nie zaznałam tego i już niestety nie zaznam, jednak czuję, że on jest ze mną.
Wczoraj miałam problemy z nauką wosu. Myśli mi odbiegały, a ja sobie prowadziłam mój wewnętrzny monolog o dziadku i łzy napływały mi do oczu. Poprosiłam go o siły na wos i tyle. Kiedy wróciłam sprawdzić telefon, to nie mogłam uwierzyć! W tym samym czasie dostałam propozycję współpracy. Dr Gerard chce mi wysłać paczkę! To nie fake, a przynajmniej taką mam nadzieję. Dziadku, czuwaj nade mną. Niestety, kiedy tylko zaczęłam dzisiaj coś więcej łapać z wosu, okazało się, że jest przełożony, ale zamiast tego miałam karty pracy, które wkopałam, bo to kart pracy również trzeba się przygotować.
Dziadku, kocham Ciebie ♥
  • awatar Millscape: @Biedronka_Czarny Kot: Życie pisze różne scenariusze, mam dwie babcie i, jakkolwiek to nie zabrzmi, z obiema utrzymuje średnie relacje. Właśnie mi brak dziadka. Dziękuję za komentarz ♥
  • awatar Biedronka_Czarny Kot: Gdy czytam ten wpis, łzy mi napływają do oczu. Po przez ten wpis przypomniałam sobie o moich dziadkach, a szczególnie o tym, który z nami mieszkał pod jednym dachem. Ja także mało spędzałam z nim czas,lecz teraz tego bardzo żałuję. Zmarł on miesiąc temu,więc wciąż mam świeżą ranę w sercu, po jego stracie . Pamiętam jak byłam dzień przed jego śmiercią w szpitalu. Wtedy powiedział mi dwa ostatnie, lecz mało wyraźne słowa. " Pożegnaj...babcię". Myślałam,że to tylko żart. I potem na drugi dzień dowiaduję się,że umarł w nocy, a wtedy właśni jeszcze nie spałam, bo czułam,że coś się dzieje złego i się nie pomyliłam. Teraz jedynie co mi pozostała babcia. Teraz próbuję pobyć z nią jak najwięcej czasu, bo tylko ona mi została.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Tak się złożyło, że historia zjadła mi cały weekend. Do tego stopnia, że prawie nic nie zrobiłam. Weekend był ciężki, a ja sobie jedynie w spokoju podliczyłam tygodnie i wyszło mi, że to już 30 tydzień za mną. Zajęłam się także podliczeniem i, o ile się nie mylę, został mi miesiąc nauki. Jeszcze ten tydzień i półtora tygodnia wolnego. Potem trzy tygodnie i mam wolne. Nie moge w to uwierzyć. Nakupowałam drobnicę szczęścia: 4 mini paczki ciasteczek. Ojjj, będzie testowane!
Co do ocen, to było całkiem nieźle, co oznacza tylko spadek formy w przyszłym tygodniu.
♥6 ze sprawdzianu z fizyki!!! Do tej pory nie dowierzam. To dla mnie jeden z tych niesamowitych cudów normalnie.
♥6- z pp. Minus, bo mi się popieprzyło z prawdą/fałsz.
♥5 za aktywność z w-fu
♥5+ ze sprawdzianu z niemieckiego. Też wow, tym bardziej, że wcześniej mogłam sobie jedynie pomarzyć.
♥6 z angielskiego za mówienie! To też bardzo miła wiadomość. Tym bardziej, że jest to pierwsza szóstka za mówienie, a pochwały, choć to bardziej docenienie, zawsze są miłe.
♥4+ z historii ze sprawdzianu. Żałuję, ze nie potrafię wbić złamanego serduszka. Bo to boli, kiedy się tyle uczysz, oddając kartkę jesteś przekonany, że dobrze poszło, a potem nie ma tej oceny, co się chce.
Niby lekko, dwa sprawdziany, a matmę wkopałam i jestem tego pewna, teraz będę miała wyrzuty sumienia przez starych, bo sobie jeden dzień wolny zrobiłam. Ludzieeee. Zdecydujcie się. Miałam dobry humor, ale już się zdążył zepsuć. Dziś po sprawdzianie z historii. Został jeszcze sprawdzian z wosu w środę, więc jedziemy z tym, aby zobaczyć maj. To, co jeszcze ciekawego się u mnie dzieje to to, że odnawiają zieleń i wszystko byłoby na zajebisty plus, gdyby nie fakt, że jest strasznie szaro: pousypywali kamienie i korę, a zasadzone roślinką są niewidoczne. Może jak będę pełnoletnia, to to będzie lepiej wyglądać, choć przestaję wierzyć w ludzkość.
Byłabym chamska, gdybym nie wspomniała o śmierci Avicii. Żal mi go ;( Młody, cała kariera przed nim, ale zostanie w swoich utworach na You Tubie i w naszej pamięci. Ja akurat go poznałam przez "Waiting for love" i jest to dla mnie najbardziej sentymentalna piosenka. Może teraz jest mu lepiej.
Co planuję? Pójdę do sklepu, pouczę się chemii i wosu, a potem zrobię się chyba za matmę zabiorę. Postaram się nadrobić z postami, choć czuję, że tworzę zaległości nie do przekopania się.
 

 
Dziś Pinger pozwolił mi się bez problemu zalogować. Czyli jestem kopnięta o kolejny dzień.
Owy dokument miałam okazji obejrzeć, dzięki inicjatywie pani od geografii. Oprócz wielu ważnych spraw, uświadomił mi także, jaką mam słabą pamięć.
Zazwyczaj na dokumentach się nudzę, ale ten był inny. Mam wrażenie, że lektor włożył emocje i przez to całość była żywsza. Skupili się na jednym temacie wzdłuż i wszerz. Spodobało mi się jedno, ekstremalnie dobre stwierdzenie: mówi się o braku wody, wycince lasów i dziurze ozonowej, a nikt nie wspomina o deficycie piasku, który na tę chwilę jest najpoważniejszym problemem. ze względu na jego coraz większe zapotrzebowanie i rosnącym deficycie. Naturalne złoża bardzo długo się tworzą. To całe budownictwo, te drogi, budynki, wieżowce pochłaniają piasku niesamowite ilości. A ludzie podbierają go z plaż i z dna oceanów, co skutkuje podnoszeniem się poziomu wody. Plaże w Miami są zagrożone. Ludzie wydają miliardy, aby odsypywać je z piasku pochodzącego z dna oceanów, przy czym ocean je błyskawicznie wymywa. Przez chciwość ludzi piasek jest kradziony, a niektóre nadbrzeżne kraje dzięki niemu powiększają swoje terytoria, zabierając przy tym czyjeś. Jak zasoby tego kruszcu się skończą, to nastanie koniec ludzkości. Tym bardziej, że zmieniamy ukształtowanie dna morskiego, a podczas wydobywania zabijamy tysiące żyjątek, co wpływa na ekosystemy. Błędny krąg domyka nasze ciągłe zapotrzebowanie na więcej i więcej. Dokument został urozmaiconymi krótkimi wywiadami, wypowiedziami ekspertów, a także prognozami na przyszłość. Eksperci mówią, że jako piasku można używać do budowy drobno zmielonego szkła, ale do mnie to nie przemawia, bowiem budujemy coraz więcej i prędzej czy później zabudujemy całą planetę, a szkła nie jest aż tak dużo. Z kolei jaki potem znajdziemy substytut do szkła? Wg mnie powinniśmy inaczej budować, w zgodzie z naturą i bynajmniej nie wracać do drewna. Na pewno da się zrobić wszystko w inny sposób.
Ten dokument mnie tylko utwierdził, że chciałabym robić coś w ochronie natury. Ponieważ im bardziej poznaje ludzi, tym mniej mam ochotę pracować stricte dla nich. Ale jak tak sobie pomyślałam, że jeśli będę dbać o przyrodę, środowisko, to przyczynię się tym dla każdego. Przecież każdy korzysta z jej zasobów, a mało kto o nią dba.
Zainteresowała mnie wstawka ze szklaną plażą, której ziarenka są bardzo dobrze oszlifowanymi kawałkami szkła i wg mnie wygląda niesamowicie. Aż sama bym kiedyś tam pojechała i ukradła sobie po jednym z każdego koloru.
A, jak się domyślacie, dokument polecam, gdyż daje do myślenia i nawet sporo się z niego zapamiętuje, choć nie ukrywam, że inni wykorzystali ten film jako możliwość do przespania lekcji.
 

 
Ten tydzień był straszny, przerażający. 4 sprawdziany. MA-SA-KRA. Ale jeszcze tylko jakieś dwa tygodnie tej jebanej szkoły i będę mieć półtora tygodnia wolnego. Jak to ja, miałam znowu takie coś, że puściłam w końcu lejce i dopiero po 48 godzinach zebrałam się, aby zrobić coś pożytecznego. Rodzice się na mnie dzisiaj wkurwili, jak zwykle na mnie ponarzekali. A ja z tego wszystkiego zjadłam znowu ogromnego batona i teraz się zastanawiam, czy sobie pozwolić jeszcze na loda. wiem, moje dylematy brzmią głupio, ale uzależnienie od cukrów daje mi swoje znaki. Dla odmiany kupiłam dwie paczki czipsów na promce. Koperkowe smakują trochę jak zupa ogórkowa. Hah.

○6 ze sprawdzianu z geografii. Tak, nareszcie to zrobiłam i dostałam mój celujący.
○6 ze sprawdzianu z chemii. Jestem wniebowzięta. Bardzo przydatna ocena ;)
○2x6 z matematyki, za dodatkowe zadania, nie mogę sobie pozwolić na spadek z tego przedmiotu.
○5 z informatyki za jakieś zadanie
○5 ze sprawdzianu z woku. Nie chiało mi się z nią kłócić o 6, choć wg mnie ja w pełni na to zasługiwałam.
Czekam na mojego małego hejterka ;)
Jeśli chodzi o przyszły tydzień, to jest on bardzo lekki. Tylko jutro sprawdzian z matmy i kartkówka z angola, a następnie, dopiero w czwartek, sprawdzian z informatyki. W międzyczasie sobie powtórzę.
Jako że przez ostatni tydzień głównie się uczyłam, nie wydarzyło się nic takiego bardziej godnego uwagi. Dowiedziałam się, że nie wygrałam w konkursie, na co byłam przygotowana, lecz mi trochę smutno. W poniedziałek byłam także w Rossmannie, aby skorzystać z promocji -55%. Kupiłam przepiękną pomadkę matową w płynie i lakier do paznokci na test (okazał się być on słaby, na co jestem zła), uzupełniłam także moją kolekcję pomadek nivea, a także mój ulubiony korektor. Daruję sobie haula, ponieważ to był błąd, że te półtora roku temu w ogóle się siliłam na serie kosmetyczne.
Wracam do mojej książki! Musze napisać 30 stron do końca kwietnia. Na razie mam 0. Chciałabym także dobić do 40 mandal do końca roku, a także zrobić ten szpagat. Musi mi się udać. Mam także parę rzeczy w zanadrzu, lecz nie mam pojęcia, kiedy się z nimi wyrobię. Zauważyłam w ostatnim czasie tylko to, że nie mam jakiś większych zachcianek. Na zasadzie: muszę to mieć! Małe zakupy wg mnie się nie liczą, bo to jest po to, aby zachować jakąś równowagę pomiędzy przyjemnościami, a robotą Taka nagroda, abym się nie wypaliła.
♣12 dni do majówki
 

 
Kolejna zajebista komedia. Oglądałam ją już tydzień temu, ale okoliczności sprawiły, że nie miałam czasu wstawienia recenzji na świeżo. Uśmiałam się jak zawsze. I ciągle się zastanawiam nad fenomenem Louisa. Ten facet był cudowny i bardzo się cieszę, że nie urodził się w tych czasach, gdyż by się zmarnował.
Ta część nie była aż tak oczywista i szablonowa,lecz ciągle przepełniona cudownym humorem. Znowu mogłabym użyć pewnego mądrego cytatu: "miłość jednostronna jest tragedią, dwustronna-komedią". Cała historia zaczyna się od tego, że żandarmi mają zrzucić swe mundury, by po cywilu łapać ludzi. Oczywiście już na wstępie była świetna scena z tym, jak Lodovic jechał z samochodem i chciał przyłapywać ludzi na drobnych łamaniach przepisów drogowych, jak przekraczanie ciągłej linii, nadmierna szybkość itd. W pewnym momencie właśnie taka osoba, przekraczająca dozwoloną prędkość zainteresowała Cruchota, który ruszył w pogoń za nią, a kierowcą okazała się być kobieta, wdowa, Józefa. Jej mąż był również żandarmem o wysokiej randze jednak zmarł i był niesamowicie podobny do Cruchota. I ona była też niczego sobie, więc oboje się w sobie zakochują. Józefie jednak przeszkadza za niski stopień naszego sierżanta i chcąc zadbać o jego karierę, namawia go do zdawania egzaminu. Do tego samego egzaminu przygotowuje się komendant Gerber i scena pisania tego egzaminu mnie bardzo rozśmieszyła. Ponadto Gerber jest trochę zazdrosny o Józefe, przeżywa kryzys z własną żoną, więc chce poróżnić naszą parę. W dodatku Cruchot ukrywa fakt, że ma dorosłą córkę i przedstawia ja jako maleństwo o wysokości gałki ocznej.
Dodatkowym urozmaiceniem jest to, że zwiał rzeźnik Frodo i pod koniec filmu bierze za zakładniczkę przyszłą żonę sierżanta, który już nie jest sierżantem, a drugim komendantem za to niezwykłe osiągnięcie.
Świetna komedia, ale nie romantyczna. Miłość jest tutaj po prostu bardzo fajnym dodatkiem, który dopełnia serię o moi ukochanym żandarmie. Co bym jeszcze mogła dodać? Oprawa akustyczna także bardzo dobrze dobrana. Zwracam na nią uwagę na nią, a jeżeli zwracam, to naprawdę jest wow. Funes grał jak zwykle bezbłędnie, spędziłam z nim kolejne, miłe półtorej godziny, pozwoliłam sobie zapomnieć o tych wszystkich nieprzyjemnościach, które mnie czekały tydzień wcześniej, a które są teraz dla mnie przeszłością.
Co do planów-jutro oglądam kolejną część i pojawi się podsumowanie tygodnia.
 

 
Na wstępie, dziękuję za wszystkie komentarze! Od razu mi się cieplej na serduszku robi, jak widzę, że ktoś pozostawia sobie coś. Możesz w komentarzu zostawić jakąkolwiek literkę lub polubić post, żebym wiedziała, że ktoś to czyta, a tymczasem.
Kro zgłasza niechęć do życia? *podnoszę ciężko rękę* 3 dni szkoły, TYLKO 3 dni, a ja się czuję, jakby ktoś wyssał mi moją energię życiową, to jest straszne. Jeszcze gorszy jest sam fakt, że moje samopoczucie ogólne, jest uzależnione od pogody. Nie jestem aż taka stara! No ale fakty są jakie są, dzięki światłu białemu, wysyłanemu przez naszą kochaną gwiazdę. Będzie lepiej.
Naroiło się sprawdzianów, oj naroiło, niby jakieś 3 tygodnie do majówki (w mojej szkole się tak złożyło, że będzie trwała prawie tyle, co ferie). Jednak te 3 tygodnia to tragedia. TRA-GE-DIA. A jeszcze z tygodnia na tydzień coraz bardziej żywię do niej niechęć. Jeszcze dzisiaj była tego typu sytuacja, że aż wewnętrznie mi się śmiać chciało. Te przewidywalne, piękne przemowy o braku komunikacji i innych pierdołach. Nie moja wina, że jestem INTROWERTYKIEM, którego to już nikt nie zrozumie, wszystko inne ważniejsze. Boże, dlaczego ja nie doceniałam gimnazjum? Schrzaniłam wszystko, zawsze chrzanię, teraz na siłę kontakty próbuję utrzymać, ale nie wiem, ile z tych osób chce mieć kontakt ze mną. Jeszcze była niezła jazda z anglistką, klasycznie się na nas wkurwiała i było ostro na jej lekcjach, a wtedy, kiedy powinniśmy pisać kartkówkę, to jej nie ma. A jak my chociaż raz jesteśmy nieprzygotowani, to od razu wielkie halo. Ludzie, ja już jestem w 1 LICEUM, za chwilę 17.
Ale, żeby nie byłam ja tu sobie tylko ponarzekam, bo wiem, że inni mają gorzej, że cudownie, że mam dwójkę rodziców, jakoś się żyje, ja jestem w 100% sprawna (nwm, czy zdrowa, ale się dobrze czuję ;), jestem przewrażliwiona z dwóch powodów, bo mam zadatki na introwertyczkę i po przeczytaniu tylu wzruszająco-przerażjących opisów na siępomaga, zaczynam sobie coś wmawiać, znowu) i będę się cieszyć tą resztką wieczora. No i jeszcze nie wpadły słabe oceny:
♠6 z geografii, za folder, nad którym siedziałam długo
♠5 z odpowiedzi z edb
Przechodząc jednak do przyjemniejszych tematów, kto idzie polować na produkty w Rossmannie od poniedziałku? *ochoczo podnoszę rękę* Widziałam, że wyszedł nowy kolor, bordowy z serii Care&Color od Nivei, a że pamiętacie, zbieram, to pomyślałam, że uzupełnię kolekcji. Widziałam również bezbarwną, waniliową, którą ostatnim razem chyba zignorowałam, ale kupię, bo akurat Niveę lubię, pozbędę się całej Bielendy i jej rozwarstwiających się balsamów, a właśnie Niveę sobie zostawię. Ach, te błędy sprzed półtora roku,
Opanowałam jedzenie poświąteczne. Większość rzeczy, które miały być pozjadane, pozjadałam, reszta ma długą datę przydatności do spożycia, a zapasy się skurczyły. W zamrażarce zostały dwa mazurki jedynie.
○21 dni do majówki
 

 
Tak, post miał się pojawić wczoraj, ale Święta miałam ochotę spędzić inaczej, niż przy mandali, której wykonanie ciągnęło się jak flaki z olejem. Skupiłam się z kolei na szpagacie, widzę powolne postępy i choć wszystkim dookoła mówiłam, że muszę do końca marca zrobić szpagat, to go nie zrobiłem. Po prostu moje ścięgna za wolno się rozciągają. Wróciłam do nawyku picia dużych ilości wody, bo mam z tym akurat odwieczny problem i czytałam, że to może spowodować wolniejsze rozciąganie. Podsumowując: lepiej dużo gadać i coś w tym kierunku robić, niż tylko gadać. Ale 30 sudoku rozwiązałam, jeszcze tylko 30 na kwiecień i będzie git. No i ten szpagat.
Co do samej mandali, no widać, że jest na siłę, a piktogramy słabe. Nawiązanie do króliczych uszek i babki piaskowej nie jest w ogóle widoczne. Najlepiej z wzorkami na pisankowymi. W środku miał być bukszpan i bazie w dalszym okrążeniu i to takie se, a woda na śmigus-dyngus to już w ogóle oderwana od rzeczywistości. Mandala feryjna znacznie lepsza.
Używałam długopisów Ink joy w kolorach: róż, fiolet, jasnoniebieski, ciemnozielony, pomarańczowy.
A i planuje kolejny spory projekt z mandalami. Kto będzie czekać?
 

 
Wolne i od razu człowiek ma więcej chęci, motywacji i ingeruje w samorozwój. Pieczenie, gotowanie, próbowanie, ćwiczenie, rysowanie i wieczór z moim ulubionym aktorem i bohaterem. Nic więcej nie oczekuję.
Uśmiałam się przy nim, jak zwykle. Kolejna świetna produkcja, łącząca w sobie wszystkie ważne elementy komedii (a nie jak polonistka próbuje wcisnąć mi kit, że Rozmowa Polikarpa ze śmiercią jest zabawna Ż.A.L). Wiem, mam 16 lat i kocham starego, przysiwiałego i łysawego mężczyznę, ale to Louis de Funes, gdybym była babcinką, to z chęcią bm się z nim ożeniła. Hah. Muzyka, cudeńko, tak kultowa i charakterystyczna, jak piosenka ze smerfów, a fabuła też super.
Lodovic jedzie z resztą przedstawicieli żandarmerii francuskiej na zjazd policji z całego świata w Nowym Jorku, aby powymieniać się swoimi doświadczeniami, nauczyć się czegoś i spędzić miły czas. Nicole chce oczywiście jechać tam ze swoim ojcem, leczy Cruchot ma odgórny zakaz zabierania kogokolwiek ze sobą, dziewczyna, jak to młoda, zbuntowana osoba, jedzie na gapę i staję się przyczyną "problemów" ojca. Zostaje przyłapana na jeździe na gapie, potem, aby uniknąć kary, wymyśla historyjkę o tym, że jest sierotą i chciała zobaczyć świat, zainteresowuje się pewien dziennikarz i angażuje dziewczynę w swoje pismo. Nasz Cruchot ma "zwidy", że widzi córkę (jedna kolumna komedii), potem chodzenie na terapię, a następnie, kiedy w końcu ją znajduje oraz wszystko wyjaśnia, stara się przemycić ją w kufrze z dziurkami. No i goni za nim ten dziennikarz, ponieważ w końcu Nicole przedstawiła się jako sierota. Jako że wybryki Nicole stanowią główną fabułę filmu i nie ma żadnych dodatkowych przestępstw, tak musieli urozmaicać innymi zabawnymi scenkami, jak np. nauka języka angielskiego, szukanie prawdziwego mięsa i przyrządzanie popisowej potrawy przez Gerbera, a także niezastąpionego, pechowego Fougasse, który to jest na coś uczulony, potem łamie sobie nogę.
Koniec jest tak odcięty, ponieważ jego przełożony, Gerber w Saint Tropez zauważa również Nicole i kojarzy ją sobie z kilkoma "przywidzeniami" z Nowego Jorku i wrzeszczy na Cruchota, lecz jest to ciągle utrzymane w klimacie komedii.
Klasyka komedii, klasyka komedii, z utalentowanym aktorem. Love ♥ Naprawdę cieszę się, że rodzice zaszczepili mi sentyment do niego, to cudowne mieć takie wspomnienia z dzieciństwa i kojarzyć je sobie z konkretnymi etapami rozwoju. Polecam gorąco z całego serduszka, bo nic więcej nie potrafię powiedzieć.
A jutro albo kolejna recenzja, albo mandala. Miłego!
 

 
Huhu, kto korzysta z wolnego? Mua. Kto jednocześnie myśli, że za chwilę powrót do szkoły? Mua.
Skończyłam zbierać wszystkie przedmioty w tej grze, toteż stwierdziłam, że to przeidealny czas na recenzję tej bardzo popularnej gry.
Zacznę od mocnych elementów. Bardzo ciekawa grafika, taka niecodzienna. Nie jest realistyczno, co nie powinno dziwić, gdyż świa niee jest naszym. Bardzo estetyczna, dobrze wygląda. Fizyka gry również na plus. Można się wybić mocniej, słabiej, w zależności jak staniemy na danym obiekcie. Muzyka też bym powiedziała, że przyjemna, do każdej paczki poziomów, inna. Czyli oprawa jest dobra, bardzo dobra. Atutem jest także polski język, tym bardziej, że polski to taki trudny wypierdek pośród języków europejskich i przetłumaczenie na niego gry jest tylko i wyłącznie dobrą chęcią producenta.
Problem się zaczyna robić w poziomach, ponieważ gra jest nastawiona na create multiplayer, czyli jeżeli nie mam połączenia, to tak jakbym miała wersję demo. To nie jest tak jak w Lemmings, których poziomów jest mnóstwo. Te dostępne dają kilka godzin rozgrywki+kolejne kilka, jeśli ktoś lubi pobijać rekordy w mini-grach. Fabuła jest prosta. Podróżujemy po świecie i musimy przyprowadzić różnych gości na festiwal.
W ten sposób powstała paczka autora Mistyka "Pod spodem" w Australii, Cesarza Sario "Orient" w Chinach, Dżina "Bazar" w Indiach, Księcia Zabawnisia "Złote piaski" w Afryce, Hansa Zegara "Bieg alpejski" w Europie, Reżysera "Błyszczące miasto" w USA, Opiekunów Tworzenia "Karnawał" w Rio de Janeiro. W każdej takiej paczce jest po kilka poziomów, w których możemy zdobywać przedmioty, ukryte w bańkach, aby z nich tworzyć potem swoje poziomy. Za każdy poziom można otrzymać dodatkowe poziomy: za po prostu ukończenie go, za zdobycie wszystkich przedmiotów i za przejście go bez żadnej śmierci. Fabułę tworzą teksty, pojawiające się w dymkach. Jest ta różnorodność, są wyróżniające się poziomy, jak np. zjazdy, czy specjalne utrudnienia.
Gra ma to do siebie, że jak się wszystko przejdzie raz, to nie ma się ochoty do tych poziomów wracać (z Daxterem nie miałam już takiego problemu). W dużym skrócie: brakuje jej poziomów. Możliwość tworzenia czegoś od siebie jest świetna, a zarazem obraca się to przeciwko nim, kiedy dzięki tej możliwości sobie odpuszczają. Poza tym nie każdy lubi i umie łączyć się z głównymi serwerami. Ja preferuję gry offline. Korzystam z sociali, ale to co innego. Fejs mnie wkurza.
Można ściągnąć za darmo i w ten sposób zabić kilka godzin czasu, ale nic więcej. Co najwyżej pozalepiać dodatkowo każdą możliwą powierzchnię naklejkami.
 

 
Choć za oknem szaro i ponuro, deszcz pada, mój wieczór będzie zajęty, to i tak mam doskonały humor. Bo nie ma szkoły i to jest piękne. Byłam na zakupach, jak skończę pisać ten post, to zabiorę się za robienie obiadu, potem mam na podwieczorek nieszczęsną część mazurka, a potem siedzenie 2 godziny w kościele, na specjalnej mszy. Pomedytuje sobie nad moim słabym życiem.

Dzisiaj zaległa, 4 część mojego "wyzwania" z beznadziejnymi zestawami, które "ma" mnie nauczyć rysować konie.


Z zestawem wszystko było w porząsiu, tylko szkoda, że ten bloczek znowu został zaklejony z obu stron.


Zrobiłam próbnik kredek i pomimo, że czarna zaskoczyła mnie lepszą pigmentacją, tak jasnobrązowa była niezwykle ceglasta, a ciemnobrązowa była jedynie trochę bardziej brązowym bordo.


No i przyznaję się. Ja to jednak nawet nie umiem przerysowywać, pomimo początkowych chęci, to użyłam siatki, bo wiedziałam, że to będzie niezłe bagno jak tego nie zrobię, tym bardziej, że z tego papieru nie da się całkowicie zetrzeć ołówka. Ta praca była chyba najszybszą, o dziwo i efekt także całkiem mi się podoba, jak na takie beznadziejne kredki. Muszę jeszcze z satysfakcją dodać, że w ten sam dzień, kiedy zrobiłam ten rysunek, to pokolorowałam jeszcze jedną stronę kolorowanki i skończyłam inną, więc tamten dzień był niezwykle "pracowity".
Podsumowując "krótką" przygodę z tymi zestawami, szału nie ma i one raczej nie nauczą rysować. Może to stanowić, jak w moim przypadku, dodatek, zabawne lub trochę mniej wyzwanie, ale nic więcej. Ani to powalająca jakość, ani ekstra rysunki. Zostałam z zestawem 16 kredek, z 3 czerniami i nie mam pojęcia, co z tym zrobić, papier to papier, go się zawsze wykorzysta.


W ogóle muszę wstawić na instagrama jeszcze rysunek kota, zbieram się i zbieram, i zebrać się nie mogę.
  • awatar 19.01: Chciałabym umieć tak rysować... Bosko!
  • awatar Millscape: @Biedronka_CzarnyKot: Szkoda :( Ale skoro raz się udało, to na pewno wyjdzie drugi raz. Dzięki!
  • awatar rozpisana94: Dobrze wyszło!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Ten ostatni tydzień, a właściwe 1,5, co nam daje 27 "tydzień" za mną, dał mi nieźle w kość. Planowałam tak w ogóle, że tyle rzeczy zrobię, a jedyne co po szkole zrobiłam, to jadłam. Cóż, trudno.
○5+ z biologii z prezentacji (haha, kolega mi mówiła, że dawała losowo oceny, jak się jej podobało, ciekawe, ciekawe)
○6 z w-f za aktywność na ostatniej lekcji. Graliśmy w nową gę (nie pamiętam nazwy), ale mega mi się spodobała i dobrze sobie radziłam, co jest takie łoooo
○6- z recytacji z polskiego, trochę mi średnią poprawiło
○5+ z podstaw przedsiębiorczości
○5 z zadania domowego
Jestem wymęczona, strasznie i sporo się działo ostatniego czasu. Z 3 sprawdziany, nie licząc nauki na te, które się nie odbyły (jak na przykład sprawdzian z biologii) no i rekolekcje. Niby tylko 28 godzin poza domem, a dla mnie trwało to wieczność, tym bardziej, że to ni był przyjemny czas. Przeżyła drugą najgorszą noc w przeciągu ostatniego roku, nie chcę się wdawać w szczegóły, bynajmniej nie, że się wstydzę, a po prostu ta sytuacjach jest zbyt charakterystyczna wśród moich znajomych i wolałabym, aby nikt nieproszony nie wpadł na to, że jest to mój blog. W ogóle w tej szkole się w ostatnim czasie coś psuje, mam wrażenie, że chodzę do swego rodzaju patoli, co potwierdził mi tata na wczorajszym zebraniu.
Przez ostatni brak czasu odpuściłam sobie np. rozciąganie i kompletnie rysowanie, co mnie z jednej strony irytuje, a z drugiej jakoś nie potrafię nic z tym zrobić. Tak, wiem, powtarzam się. I to chyba problem każdego, kto w jakikolwiek sposób dokumentuje swoje życie, uświadamia sobie, jak dni są podobne do siebie. Skończyłam 30 sudoku, a więc wywiązałam się z jednego postanowienia, z rozciąganiem jest już gorzej, nie mogę się dalej zmusić, choć boli, łapią skurcze i drętwieją nogi przez ułożenie w nienaturalnym kącie. Może teraz e stawy w biodrach potrzebują się rozruszać i im to dłużej zajmuje niż ścięgnom? Tak, wiem, że to brzmi, jakbym opisywała jakaś chorobę, ale to normalka, szpagat nie jest wpisany w nasze naturalne umiejętności i trzeba go wyćwiczyć, uda się.
Aaa, i w tym tygodniu, odkryłam, że kocham mazurki. Dzisiaj na spróbę kupiłam orzechowego, który niestety nie okazał się trochę przereklamowany i nie był mazurkiem, zdecydowanie bardziej pasowały mi klasyczne, zbite z cukierni.
Idę na zasłużony, lub nie, ale odpoczynek, którego potrzebuję, postarm sie coś narysować i jutro to wstawić.
 

 
Brak jakichkolwiek komentarzy pod ostatnim postem, a także aura dzisiejszego wieczoru, sprawiła, że piszę, to co piszę.
Przez ostatni ciężki czas, zdecydowałam się na powrót do mojej ukochanej serii komedii z Louisem de Funes w roli głównej. Uwielbiam tego aktora, uwielbiam każdy film z nim, więc takie coś na odprężenie, jak najbardziej.
Chociaż znam na wylot każdą część z tym zabawnym żandarmem, zacznę od pierwszej. Lodovic Cruchot zostaje przeniesiony (a zarazem awansowany) do Saint Tropez. Przeprowadza się tam, ze swoją córką Nicole. Warto także zaznaczyć, że nie powiedziano wprost, co się stało z jej matką. Nawet, jeżeli umarła, czy się z nią rozwiódł (o ile w ogóle z nią był), to nie nadaje się, aby umieści w komedii. Ogólnie Cruchot, jak to na żandarma przystało, walczy z przestępczością. W tej części skupia się na walce z nudystami. Przewodzi grupką innych żandarmów, którzy różnią się oczywiście charakterem. Nie są, czasami jak to teraz bywa, bezmyślną masą, po to, żeby sobie byli. Najbardziej charakterystyczny jest Maréchal des Logis Lucien Fougasse.
Drugi wątek stanowi Nicole, nastoletnia dziewczyna wpadła w tamtejsze złe towarzystwo. Tu nakłamała, tu podkoloryzowała i aby zachować twarz zgodziła się, aby jej kolega zwinął luksusowe auto. To oczywiście może nieźle pogwałcić autorytet Cruchota i stara się odwieźć auto, jednak pech (na końcu jedna szczęście)sprawił, że w tym aucie znajdował się skradziony obraz, który dostał się w ręce żandarma przez pewnego rolnika. Na końcu cała akcja się szczęśliwie rozwiązuje.
Fabuła jest przewidywalna, no ale to komedia sprzed kilkudziesięciu lat, więc wtedy te pomysły był nowatorskie. Jednak przez to, że jest stara, ma ten swój niesamowity klimat+świetną ścieżkę dźwiękową (duju, duju saijnt trope!!!). Coś takiego, jak green screen przy jeździe samochodem dodaje większego uroku. No i przyznajcie, Louis de Funes OCIEKA TALENTEM. To był prawdziwy aktor, a nie teraz jakieś aktorzyny i beznadziejne skecze pokroju świata wg kiepskich. Z ekranu telewizora wyciekała jego ekspresja. Grał całym sobą, jego zaangażowanie jest niesamowite. Będę to powtarzać przy każdej produkcji. W dodatku jest jedną z tych artystów, którego nie kojarzy się przez pryzmat postaci, jakie grał, tylko postacie przez aktora.
Naprawdę, to trzeba obejrzeć. TRZEBA. Pozycja obowiązkowa, tym bardziej, że ja za pierwszym razem ryłam przez całość ze śmiechu, teraz już trochę ochłonęłam, ale nadal ten uśmiech na twarzy pozostaje. To zupełnie coś innego niż wykwintny dowcip, który za drugim razem traci "magię", tylko coś, co można wałkować. A jak się to jakimś cudem znudzi, to są inne produkcję. Obiecuję, że skomentuje każdą z mistrzem komedii.
 

 
Mój rysunek na konkurs już prawie skończony. Zostało mi tło,które już chwilami troi się i dwoi w moich oczach. Mam trochę wolnego, tym bardzie, że bardzo, ale to bardzo nie chce mi się uczyć na wok -.- Potem zrobię porządek, a dalej...

Zestaw nr 3, czyli koty, wyglądał najbardziej obiecująco, jeśli chodzi o dobór kolorów, jednak i z nim musiało coś być nie tak.

Jak widać, spakowali do niego dwie płyty, kosztem 6 kartek, czyli zamiast 10, było 4, czego już na poniższym zdjęciu nie widać.

Jeśli chodzi o kredki, to były tak samo beznadziejnie nazwane. Ten "jasnoróżowy", powinien być piaskowym/beżowym.

Jeśli chodzi o samą pracę, to już zaczynałam mieć problemy ze szkicem, więc sobie podzieliłam kartkę na 8 sekcji, aby to jakoś wyglądało i abym czerpała jak najwięcej przyjemności. Niestety pigment ssał i tych kolorów prawie widać nie było. Przez ich twardość, wolno się tępiły, co, przy rysowaniu krótkiej sierści, wychodziło na plus. Pozwolili wziąć jakąkolwiek kredkę na oczy, więc wzięłam zieloną, jak w przykładzie, a także żółtą, aby spróbować nadać jakiejś głębi. Na video też nie pojawiły się spektakularne informacje, gdyż w 3/4 była to powtórka z poprzednich CD.
Kiciuś nie wyszedł cudownie, ale jakoś wygląda. Uważam, że zaliczyłam wyzwanie i wyczekujcie kolejnej części, która się pojawi za tydzień.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
25 tydzień szkoły baju baj. Jestem w świątecznym nastroju. W dodatku nareszcie kupiłam wszystko, co chciałam na święta, jak np. ptasie mleczko o smaku mazurka kajmakowego ♥ i czekolada sernikowa. Ten tydzień... był ciężki. Może nie pisałam aż tyle prac, ale był ciężki. Tym bardziej, że ja ciągle w ostatnim czasie jestem zmęczona... Oceny, trochę z nimi zjechałam, ale tak to jest.
○5 z kartkówki z matematyki (znowu zrobiłam błąd)
○6 z matematyki za jedno trudne zadanie (przynajmniej wyszłam na średnią 5.04 na semestr)
○6 z w-f. Lubię tą panią. Docenia zaangażowanie, które ja wkładam. Ocena zmiksowaniem za aktywność i dobry rzut piłką lekarską.
○5+ z podstaw przedsiębiorczości za plan firmy.
○4+ ze sprawdzianu z angielskiego. Smutno mi, bo się uczyłam i umiałam, ale co zrobię, kiedy ma się nauczycielkę, jaką się ma...
○3+ ze sprawdzianu z polskiego. To moja najniższa ocena I tak cała klasa podostawała 3,2,1, więc nawet nie miałam siły się nad tym rozklejać.

Ten tydzień będzie potencjalnie łatwy. Tylko we wtorek mam zaległy sprawdzian z woku, z okrojonego materiału, więc może uda mi się nadrobić średnią. Na a potem od środy mam rekolekcje, z wyjazdem. Nie jestem pozytywnie nastawiona, ale co zrobię. Przeżyję jakoś. Wezmę ze sobą przedmioty przeżycia i będzie zajebiście.
A jeśli chodzi o ostatni czas, to po odjęciu szkoły i innych problemów, mam raczej ten dobry czas i próbuję się jakoś w to życie znowu wkręcić. Chodzę sobie po sklepach, rysuję super rysunek na konkurs (zostało mi tło), wzięłam udział w rozdaniu (ogólnie to rzadko się w nie angażuję) i planuję jeszcze wziąć udział w innym konkursie, więc jakoś się ciągnie. Nawet kilka filmów obejrzałam, więc mam trochę materiałów na wpisy. Teraz czeka na mnie ciacho, a potem się porozciągam. O ile z sudoku (czasem nawet to mi nie wychodzi; w ostatnim tygodniu przez kilka dni rozwiązywałam jedno :o) jeszcze idzie, to z rozciąganiem jest gorzej. Widzę postępy, lecz one są tak mizerne, iż prędzej sobie zrobię krzywdę, niż jakikolwiek szpagat. Istnieje jeszcze możliwość, która mówi, że w pewnym momencie będę się szybciej rozciągać. Pożyjemy, zobaczymy.
No i jeszcze w sobotę za tydzień czeka mnie akcja tego roku, bardzo ważna dla mnie, przed którą się strasznie denerwuję. Pocieszam się myślą, że nie mam nic do stracenia i może być tylko lepiej.
W ogóle co to ma być? Mróz? W marcu? Chcę, aby było ciepło, bo w mojej budzie padło ogrzewanie na piętrze i nie śpieszy im się, aby je naprawić. W dodatku, jak zawsze wypierdalają nas na dwór. Nawet jak ktoś nie chce. Co to ma być?
○10 dni do Wielkanocy
  • awatar Gość: Powinnaś pałe dostać z polaka bo nie pisze się lubię tę panią, tylko tą panią.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Mogę się znowu cofnąć w czasie i bardzo mi się to podoba. Nabyłam swoje PSP późno. Praktycznie na sam ostatek jego "świetności", kiedy dział był jeszcze w miarę wypełniony grami, itd. To były jeszcze czasy podstawówki, jak dawno, a najśmieszniejsze w tym wszystkim to, iż PSP dostałam szybciej od telefonu. No tak, dziwna jestem.
Pierwsza produkcja zawsze zostaje w sercu. Moja była ta graa z uroczymi chomikami. Jednak do końca grą to nazwać nie można. Prędzej symulatorem. Otóż jest słabo (ekh... w ogóle) rozwinięta pod względem fabularnym. Kto miał/ma zwierzę klatkowe, ten wie, że zwierzaka się głaszcze, daje jeść, sprząta... I ta gra jest kalką tego, bez sprzątania, rzecz jasne. Jej cała obsługa zmieściła się na jednym ekranie. Idea była taka, żeby móc oglądać chomiki, dawać im co jakiś czas jedzonko, móc je pogłaskać i popsocić się. Na reszty gracz nie ma wpływu. W związku z tym animacja jest zrobiona CUDOWNIE, to najsłodsza i najbardziej dorobiona animacja, jaka kiedykolwiek widziałam! Zachowania zwierzaka, anatomia są niezwykle naturalne. Może nie wszystkie futerka to potwierdzają, bo zdarzają się perełki (miodowy chomik i różowy chomik), ale jakieś urozmaicenie musi być. Odgłosy i wszelka muzyka jest także super. Niestety tak jest.
Oglądanie chomika, to oglądanie chomika. Zwierzaki mają różne charaktery i to można zauważyć. Wskazówki czy komentarze pojawiają się na dolnym pasku w stylu, który zależy od rodzaju klatki, które się losują:
Comedy scene (trochę wg mnie obskurna, standardowa)
Tween scene (taka słodka, różowa)
Hamster: 2090 (Taka futurystyczna)
Sports Cage (Sportowa)
HNN (z wiadomościami mi się kojarzy)
Horror night (taka tajemnicza-mój ulubieniec)
To, że są różne klatki, odkryłam za drugim podejściem, bo znudziła mi się ona po godzinie. Każda klatka ma poidełko, miseczkę, toaletę, domek, kołowrotek i pisakową wannę. Jeżeli będziemy się wystarczająco długo gapić, to co jakiś czas nad chomikiem pojawi się pasek i jeżeli przyciskając "x" cały pasek zapełni się na niebiesko, to chomik będzie brał udział w specjalnej scence. I spoiler, który odkryłam dopiero w tym roku. Jak się zobaczy 20 scenek, to jakby kanał jest zaliczony, lecą kilkuminutowe litery, których się nie da przewinąć, ale w ramach rekompensaty super ścieżka dźwiękowa. I w nagrodę otrzymujemy snack z opisem, całą listę sobie pozwolę tutaj zamieścić.
1 Nasiono słonecznika (normalne): pyszne nasionko, które chomiki uwielbiają. Przepełniony kaloriami.
2 Nasiono słonecznika (czarne) Wyższe w kaloriach niż normalne nasiono i pyszne także!
3 Orzech włoski. Orzech który sprawia, że chomik oszala. Takie pyszne.
4 Orzech ziemny. Nie taki fantazyjny jak włoski, ale pyszny i pełen kalorii.
5 Nasiono dyni. Trochę zdradliwy do jedzenia, ale ma wspaniały, łagodny smak.
6 Kukurydza. Przystępne źródło kalorii, które chomiki kochają jeść.
7 Ogórek. Żadne warzywo nie jest zdrowsze, ale wiele chomików nie lubi jego smaku.
8 Marchewka. Drugie po ogórkach w zdrowiu. Trochę chomików jej nienawidzi.
9 Dynia. Trochę chomików lubi nasiona dyni, ale nienawidzą miąższu. Dziwne, co?
10 Słodki ziemniak. Wypełnia tak mocno jak inne warzywa, ale nasiona słonecznika są lepsze.
11 Truskawka. słodka i pikantna, i niskokaloryczna. Kochasz je albo nienawidzisz.
12 Jabłko. Dużo chomików nie lubi suchych owoców, ale jabłka są popularne.
13 Banan. Pomyślałby, że chomiki pokochałyby banany. Byłbyś w błędzie.
14 Makaron. Oglądania jedzącego to chomika może spowodować śmierć przez eksplozję słodyczy.
15 Tofu. Niesamowicie zdrowe, ale niezbyt lubiany. Dla chomiczych znawców.
16 Ser. Wile chomików kocha se. Dobra przekąska z średnią ilością kalorii.

I tyle. Nie każdy chomik zje wszystko, co jest bardzo fajne. Pomimo wielu urozmaiceń, nie oszukujmy się, gra staje się nudna. Twórcy jej się bardzo postarali. Naprawdę odzwierciedla chomicze zachowania. Ja to doceniam, ale nic więcej. Znalazłam tylko jej jedno zbawcze zastosowanie, po ciężkim dniu, aby wyłączyć myśli, idealnie nadaje się pod kołderką. Uspokaja i usypia, co jest na ogromny plus. Wiem, że to nie brzmi, ale na serio. Poza tym dobrze mi się pisało. Spróbować można, ale jeśli gra by kosztowała 10zł, a nie cztery razy więcej. Dobranoc.
 

 
Jako, że sprawdzian z woku przełożony, a ja nie umieram jak wczoraj (choć mam gorączkę i pozostałości kataru) oraz mam jakieś chęci do życia (choć pewnie skończą się kiedy polonistka odda sprawdzian), to stwierdziłam, że napisze zaległego z posta. I jest to 2/4 wyzwania z tępymi narzędziami. Po martwej naturze, przyszedł czas, na pejzaż.

Na ten zestaw najbardziej się napalałam, gdyż pejzaże bardzo lubię, choć nie tworzę ich za dużo. Po prostu nie potrafi robić szybko dużej ilości szczegółów, jak mój mentor Bob Ross. Więc po rozgrzewce przyszedł czas na właściwy rysunek.

Zestaw prezentował się lepiej, gdyż bloczek 10 kartek nie był obustronnie posklejany, jednak im dłużej się w niego wpatrywałam, tym bardziej mi czegoś brakowało. I nie myliłam się. Brakowało w tym zestawie cholernie koloru brązowego. A ewidentnie na zdjęciu, jak i na filmiku widać było, że w ruch poszła brązowa kredka! Jako, że nie dali przyzwolenia, to z miejsca nastawiłam się, że będę sobie radzić bez niej. Chociaż kolory nazwano normalnie.

Pejzaż to taka forma, gdzie robienie szkicu jest wręcz zbędne, a w pierwszej fazie praca wygląda jak gówno, jednak odczuwałam swobodę rysowania. Przez słabej jakości przybory, nieźle wyżywałam się na kartce, ale ona jakoś wytrzymała. Brakowało mi tego brązowego, oj mocno brakowało. Musiałam więc sobie radzić mieszanką czarnego z jasnozielonym, co dało mizerny efekt. Ale jak tak sobie patrzę na efekt końcowy, to muszę przyznać, że skały i ten pień nie wyszły najgorzej, a nawet całkiem realistycznie, bym powiedziała. No, jeszcze raz powiem: brakuje tam koloru ciepłego!
  • awatar Biedronka_CzarnyKot: Ja tam nie lubię pejzażu rysować,ale podziwiać to co innego :D Świetnie ci wyszło !!! Ja to najwyżej tło wolę robić w formie plamek, no jeśli chodzi o farby,a tak to unikam tła jak ognia xD
  • awatar Z półki mi spadło: Za pomocą 4 kolorów kredek takie cudo ? Jestem pod wrażeniem a nawet wydaje mi się to niemozliwe! :) moje zdolności w tym kierunku zatrzymały się na etapie 6-latka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Obejrzałam go bardzo spontanicznie, w ramach minionego dnia kobiety. Aktualnie próbuję robić coś na pokaz, aby rodzice się ode mnie odczepili, bo oczywiście czuję się źle. Na tyle, że ledwo przeczytałam dwa razy materiał na biologię, bo wok, choć wcześniej, jest przeze mnie tak mało poważany, że aż to boli.

Zanim zaczęłam oglądać: usłyszałam, że jest smutny. Ostatnim razem stricte smutnym filmem (pomijając 13 reasons why) był "Mój przyjaciel Hachiko", po którym uszłam za zimną, niemającą uczuć sukę. Przyznaję, zrobiło się mi na nim smutno, a le nie na tyle, aby pól dnia znajdować się w stanie dołkowym. Nie chciałam się jakkolwiek nastawiać, więc podeszłam do niego tak neutralnie, jak tylko się dało. Cały film jest podzielny na kilka perspektyw osób i ich krótkie historie, jednak i tak wszystkie kręcą się wokół Auggie'go, małego chłopaka, który urodził się ze zdeformowaną twarzą, przez zmutowany gen. Nie trudno przewidzieć, co się dzieje dalej: jest aspołeczny, stroni od dzieci w swoim wieku, te nie patrzą na niego przychylnie, czyli bardzo życiowe, gdyż każdy z nas mógł być lub spotkać się z takim scenariuszem.Auggie idzie do gimnazjum (nie wiem, jak tam jest z edukacją, może my przyjąć, że to 4 klasa naszej podstawówki, ze względu na podział przedmiotów). Boi się, dyrektor proponuje 3 uczniów, aby się z nim zaprzyjaźnili i aby włączyli go w to wszystko, no niestety to tak nie do końca wyszło, jednemu się coś wymsknęło, aż w końcu wszystko zgęstniało. Auggie, choć bardzo cierpi, myśli egoistycznie, że to on ma największe problemy, że to rodzice będą na każde jego zawołanie. Jest mądry, ma wiedzę przyrodniczą, ale tego raczej nie docenia. Auggie ma siostrę Olivię, której też poświęcono znaczną część filmu. Ona również cierpi, zdecydowanie bardziej niż przeciętna starsza siostra, której urodzi się rodzeństwo i wszystkie oczy są wpatrzone w nie, dlatego, ze Auggie zabiera cały czas jej rodziców i dziewczyna traci z nimi kontakt: zamyka się, nie informuje ich o swoich planach i o chłopaku. Jej aniołem, najbliższą osobą, była zmarła babcia. Zmaga się też z Mirandą-jej najlepszą przyjaciółką, której punkt widzenia też jesteśmy w stanie poznać. Miranda z kolei bardzo zazdrościła Oliviii, do tego stopnia, że na obozie ukradła jej życie: mówiła, że ma niepełnosprawnego brata. Ludzie się zaczęli nią interesować, a nastolatce było wstyd za to.
Julian był głównym dręczycielem Augusta, choć widać było, że kierowała nim głupota, ostatecznie niby żałował za swoje przewinienia, ale dla niego skończyło się to najgorzej:rodzice zabrali go ze szkoły.
Jack Will z kolei był pierwszym "przyjacielem" Auggiego. Wątek jego był schematyczny: dyrektor kazał mu się zaprzyjaźnić z głównym bohaterem. Podczas imprezy Halooweenowej nie zauważył przebranego chłopaka i powiedział "Gdybym wyglądał tak jak, on, zabiłbym się". No i wiadomo, jak to się skończyło. Takim łącznikiem okazała się Summer: dziewczynka jednak nie zrobiła nic niewłaściwego. Była po prostu miła.
I ogólnie w takim duży skrócie fabuła. Film nie jest smutny, jest on wzruszający, kończy się dobrze, nikt nie umarł, więc nie pozostawia takiego "przytłoczenia" po oglądaniu. Wzrusza, gdyż pokazuje bolesną prawdę, z którą raczej każdy potrafi się uosobić. Fabuła jest dosyć schematyczna, ale nie nudzi. Mogę polecić, kto jeszcze nie oglądał, ten może. Refleksyjny, empatyczny, prawdziwy.

Tylko, jak to ja, mam jedną kwestię, z którą nie mogę się zgodzić. W pewnym momencie, przy końcu wywiązuje się bójka i Jack upada, uderzając głową o kamień. W dalszej scenie mówi, że krwawi, ale potem jak gdyby nigdy nic. Nie wiem jakie to było zagranie, ale uderzenie potylicą jest bardzo niebezpieczne i byłam przekonana, że chłopakowi miało się coś stać, a tu nic. Może taki fortel lub coś, ale ja się tam nie znam.