• Wpisów:343
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:5 dni temu
  • Licznik odwiedzin:69 110 / 787 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Poszalałam. Poszalałam niesamowicie. Ktoś mógłby zapytać, czy to aby na pewno mojego autorstwa. Odpowiadam: tak. Wyszłam trochę z szablonu i podzieliłam koło najpierw na 6 części, a następnie każdą na 3, czyli po prostu każdy kąt miał 2o stopni. Następnie podmalowałam sobie tło 6 zakreślaczami od TOMY. Starałam się dokładnie, a zarazem niechlujnie, aby smugi były w miarę regularne. Po wyschnięciu zaczęłam sobie gryzmolić na każdej szóstce jakby osobną mandalę Liquid Longlinerem z Aldiego i efekt wyszedł bardzo ciekawy, choć prawdopodobnie dla niektórych zbyt niechlujny. I jakieś wzory liściaste, i jakieś wzory azteckie, esy-floresy, łuki. No różności. Jednak najbardziej mnie zainspirowały wzory azteckie i jak się zepnę, to postaram się stworzyć mandalę bazującą na wzorkach azteckich. Ale to dopiero jak skończę flipbooka. Potem wstawię, jak mi się uda, a tymczasem muszę spiąć dupę.
Z 7 kartkówek nie tknęłam dwóch. Muszę to zmienić

 

 
Kolejne podsumowanie tygodnia, 6 tydzień szkoły za mną. Nieźle. Na serio myślałam, że nie będzie o czym pisać, a za chwilę wyjdzie jakiś kilometrowy wpis. Hmm. Muszę sobie przypomnieć wszystko.
Poniedziałek minął szybciutko. Kupiłam sobie ptysie od piekarni Gwóźdź i nie okazały się za dobre, ale z kolei napisałam sprawdzian z angola! Nareszcie i przy okazji kartkówkę z historii i kartkówkę z matmy. Zawsze mniej
Wtorek wydałby się chwilą odetchnięcia. I w sumie takiż to był. Tylko napisałam kartkówkę z gegry i panikowałam przed środą, kiedy to prezentowałam prezentację z wosu i pisałam kartkówkę ze słówek. Babę chyba pojebało. Po chuja dawać 40 słówek? Nie wystarczy 30? To cholerstwo na kartce mi się nie chciało zmieścić, a poza tym i tak jak się umie 30 przypadkowych, to i pozostałe się umie. Nosz. Chociaż, z drugiej strony więcej lekcji minie. xD Łazanki na stołówce są pyszne i taka ogromna porcja, że miałam problemy ze zjedzeniem, ale co tam będę narzekać i tak potem zapominam, aby coś zjeść. A jeszcze istniała możliwość dokładki.
Czwartek to najciekawszy dzień: mianowicie byliśmy na lekcji muzealnej, ale mam wrażenie, że jak byłam z moją gimnazjalną polonistką, to ona jakby więcej załatwiła, poprosiła o więcej informacji, większe tempo. Nie mam pojęcia, ale chyba obejrzeliśmy 5 obrazów na krzyż i to było takie nudne, że prawie przysypiałam na stojąco. Kiedy wracałam, okazało się, że tramwaj jeździ zupełnie inaczej i tym samym najadłam się niemałego strachu, bo ja to takie maleńkie dziecko w tych sprawach. Zdarza się. Wieczorem z kolei była integracja i mam wobec niej, z perspektywy czasu, mieszane uczucia. Bo ogólnie to średnio mi się podobało. Zawsze powtarzam: ja i integracja to oksymoron. Ehhh, ale już poszłam, żeby pokazać, że się chociaż w jakiś sposób staram być częścią klasy. I tak?: naprzemian żałowałam i cieszyłam się, że tam poszłam. Integracyjne zabawy były do dupy, ale opanowałam sztukę śmiania się na zawołanie. Hehe. I jakoś to było. Z plusów to jedzenie, oczywiście, były coś a'la duże ciastka amerykańskie i ciasto czekoladowe. Ja się na to rzuciłam i czuję, iż nie powinnam tyle zjeść. Czyli plus i minus zarazem, ale kiedy wróciłam do chaty, to spięłam tyłek i poćwiczyłam. Nie mogę pozwolić, aby mój kaloryferek sobie poszedł. No i był jeszcze jeden plus: zaprosił mnie taki jeden chłopak do tańca i zrobiło mi się tak miło, ale niestety nie oczekuję niczego więcej. Zerwałam się 40 minut przed zakończeniem. Nie potrafiłam już tam usiedzieć, a prawie do końca jadłam. Meh, to moje obżarstwo.
Piątek zdecydowanie należał do luzackich dni. Nauczyciele, przez wzgląd na wcześniejszą integrację, nie pytali, w związku z tym odwołano mi kartkówkę z matmy. Szkoda. Ogromna szkoda. A na stołówce były racuchy z musem jabłkowym. Dobre; za dużo proszku do pieczenia, ale chociaż w tłuszczu nie pływały.
Co do zdobytych ocen, to nie narzekam:
-kartkówkę z chemii, którą "spierdoliłam", to dostałam z niej 5
-z niemieckiego dostałam 6
-z polskiego wpadły 2 piątki
-z tej poniedziałkowej kartkówki wpadło 6 z matmy
-z podstaw przedsiębiorczości też wleciała 5
-no i z tej prezentacji z wosu też wpadła 6 na szczęście wszystkim się podobało
I tu przejdę płynnie do nagrody za miniony tydzień. Mianowicie chciałam sobie kupić dziurkacz zaokrąglający rogi. I kupiłam, ale zły, bo chujowo pokazane. Kurwa, nawet dziurkacza nie potrafię sobie kupić. Owszem robi na rogu łuk, ale wklęsły, a nie wypukły. I taki mi się na chuj przyda. 16 zł sobie poleciało. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć kogoś, kto odkupi go ode mnie za 10 zł. Więc nagroda na minus, co z niej korzystać nie będę.
Dalej. W przyszłym tygodniu mam 7 kartkówek rozłożonych na 3 dni. Chujowo. Na razie umiem tylko na dwie. Kurwa. Może jak zepnę dupę, to całą biologię dziś ogarnę, a jutro wos. Dobrze by było.
No i zakończę podsumowanie soboty, a sobota była równie chujowa. Ludzie też są chujowi. Ja też jestem chujowa. Mianowicie tydzień temu napisałam: " Za tydzień odzyskam już telefon i nareszcie będzie szafa (remont w toku)". Szafy nie ma, bo montażysta się rozchorował, a telefonu też, kurwa, nie mam i nie wiem, co się z nim dzieje. Babsko pierdoliło 14 dni temu, że do 14 października będzie wysłany SMS z informacją o odbiorze. I chuj. I chuj. Nie ufam ludziom.
 

 
Coś jestem do tyłu, ale co to za nowość. Co to za nowość Ale, tradycyjnie, ponarzekam sobie jutro.
Ów tytuł chyba rozpoczyna tę połowę, która podobała mi się mniej, aczkolwiek mogę się mylić w kolejności, bo muszę sobie odświeżyć pamięć o Księciu Półkrwi. Orientacyjnie jest na 4 lub 5 miejscu.
Głównie podobał mi się przez wątek tajemnicy i przez dementory. Tu mi się właśnie chce wkraść dygresja: mianowicie, jak byłam na obozie, po 6 klasie i po podchodach wracaliśmy, to zanim weszłam z grupą do naszej części sypialnej, to przybiegł do nas jakiś chłopczyk. Mały. Dla innej części grupy odbywała się dyskoteka i ten chłopczyk zaczął krzyczeć coś a'la: tam był dementor! Był na suficie! Obrócił swoją głowę! (prawdopodobnie chodziło mu o 180 stopni) i przy tym wskazywał na ów budynek. Kilka dziewczyn, w tym ja chciałyśmy mu wytłumaczyć, że to niemożliwe, żeby widział jakąkolwiek kreaturę. W każdym razie, ja pierwsza straciłam cierpliwość i sobie poszłam. Prawdopodobnie przez takie sytuacje Harry Potter jest zakazany w niektórych środowiskach.
Przy czym to ja? A tak. Dementory mi się podobały, tak samo jak profesor Lupin. Pierwszy przyjazny, kompetentny, mający jeden problem, który nie pozwalał mu być dyspozycyjny. Szkoda, szkoda.
Sam również początek reprezentował się ciekawie. Napompowanie ciotki i zwianie z domu (jak zawsze xD). Oglądając po raz któryś raz jednak, zamiast odczuwać chorą satysfakcję, najzwyczajniej nabrałam ochotę na coś do jedzenia, a dokładniej na ciasto z dużą ilością biej śmietany. W sumie do teraz mam ochotę xD
Hmmm... I tu zaczynają się robić małe schody, bo akcja podkręca się dopiero na sam koniec.
Lekcje. W sumie to najbardziej ta z Dziobkiem. Było tak uroczo ♥ I tak wolę feniksy, ale z drugiej strony na feniksie sobie nie polecisz, a hypogryf nie wyleczy łzami. No i nauczycielka od kryształowych kul też ciekawa, ale niesamowicie mnie, zpr, wystraszyła.
Dalej. Hmm... To co też mi się spodobało, to to, że jak się przemieszczało w czasie, to nie było się biernym oglądaczem historii. Nie chodzi mi o samo ratowanie Syriusza, czy Dziobka, a bardziej o to wycie Hermiony (w scenie z Lupinem-wilkołakiem), rzuceniem kamieniem, czy wyczarowaniem patronusa, chyba wiadomo, co chcę przekazać. To także niesamowicie pomysłowe. Sam zwrot akcji z Peterem też był interesujący. Zawsze wartość filmu (tudzież filmu, żeby nie było) wzrasta w moich oczach, jeśli występują fragmenty z dociekaniem, opisem jakiś wydarzeń lub wyjaśnieniami...
Postać Syriusza także należała do ciekawych i także niosła ze sobą przesłanie. No bo zobaczmy, jak często niszczy się czyjeś dobre imię. Straszne to jest. Black świetnie nadaje się na ojca chrzestnego, ale to już chyba bardziej jest odniesienie do kolejnych części, gdyż w tej byli zbyt zaabsorbowani postacią Pettigrew. Kocham bezpośredniość, a odczułam jej promil w tej propozycji zamieszkania razem. Tak jakoś, nie wiedzieć czemu, skojarzyła mi się.
Zastanawia mnie tylko jedno. Na serio Hermionie dali Zmieniacz Czasu, aby mogła być na wszystkich zajęciach? Toż to nieodpowiedzialne. Nie chodzi o to, że gardzę pracowitością, nie ufam Hermionie, itd. Ale nie zapominajmy, że ma 13 lat, a co chwila (może trochę hiperbolizuję) słyszę, że to niebezpieczne. No i gdzie tu logika. Po za tym, za pierwszym razem, będąc 11-latką, nie przemawiało do mnie, dlaczego Hermiona pokazywała się na zajęciach, skoro Harremu powtarzała, że nikt nie może ich zobaczyć. Rozumiałam, że dyskrecja w sprawie Dziobka, ale reszta... I jeszcze nie potrafiłam zrozumieć tego, że jakby dodaje sobie przeszłość, a nie ją zmienia. Coś mój móżdżek nie potrafi tak myśleć.
A co do Pottera, to za pierwszym razem miałam wrażenie, że zestarzał się strasznie, a teraz, jak sobie patrze, to się zastanawiam, dlaczego tak stwierdziłam.
Niemniej, jak zwykle spędziłam bardzo miłe 2,5h przy oglądaniu. Doceniam starania. Wszelkiego rodzaju. Mapa Huncwotów to także spoko przedmiot. Mega przydałaby mi się w mojej szkole, a jeszcze bardziej, gdyby ostrzegała, kiedy ktoś podejdzie do mnie za blisko. Heheh. Nie no, w sumie lubię, ale kolejna recenzja, to będzie bułeczka z kremem wedlowkim. Pyszna i prosta. Złe porównanie, ale nie karzmy mnie po całych 5 dniach wysiłku fizycznego, dobrze?
Dzięki za przeczytanie kolejnego zlepku, który bardziej powinnam nazwać. Zlepek myśli o... ale tego nie zrobię, a może zrobię. Nie wiem. Doradzisz?
 

 
Kolejny rysunek z serii przerysowane z digitala. Po prostu, znowu w aplikacji Teen Wallpapers zobaczyłam fajną prace, która mi się podobała. Wiem, że ostatnia dziewczyna nie przypadła do gustu, ale ja proporcji na pewno nie sknociłam; po prostu tak była narysowana. Więc możesz odetchnąć z ulgą-na razie to ostatnia praca tego typu i uważam, że wyszła mi lepiej. Ta z kolei jest podobno anorektyczna, ale co tam. Podobała mi się, więc narysowałam.
Użyłam papieru do markerów Molotow A5
BrushamrkerówPRO od Karin
Biały Żelopis od Sakura
Czyli taki standardzik
Teraz śmieszy mnie, jak zdjęcie wyszło: pozlewały się te wszystkie plamy i jest taki trochę wyretuszowany...
I nie wiem, co jeszcze o tym opowiedzieć. Mogę jedynie dodać, że zrobiłam prezentację z wosu i wygląda całkiem przyjemnie. Ma tylko 22 slajdy, które, mam nadzieję, wystarczą. Nauczyłam się na matmę, a historii jeszcze będę powtarzać. A podobno liceum miało być takie zajebiste. -.-
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie potrafię jeszcze zrezygnować z podsumowania tygodnia. Wydaję mi się, że mam za dużo do napisania, choć praktycznie nic się nie wydarzyło. 5 tydzień za nami.
Poniedziałek nic nie zapowiadał. Był sobie spokojną ciszą przed burzą. Dopiero we wtorek odczułam taki porządny wkurw. Baba z angielskiego przełożyła sprawdzian, a ja spieprzyłam kartkówkę z chemii. Chuj, że miałam szczęśliwy numerek. Była zapowiedziana, a ja jestem idiotką. Nie oszukujmy się. Heh. Nauczyłam się wszystkiego, a i tak spierdoliłam. Jej. Bo nie zrozumiałam, o co kaman w poleceniu. -.-
Przechodzimy do środy. Dnia, wydającego się najgorszym w pryzmacie pięciodniowej tragedii cz. 5. Kartkówka z niemieckiego i przełożony sprawdzian z angielskiego. Wtedy to zaczęłam tracić do siebie cierpliwość. Pomimo długich, żmudnych przygotowań, to i tak spieprzyłam. Jakżeby inaczej. Dodałam przez przypadek "t" do jednego czasownika i tym sposobem już źle napisałam. A znając mojego pecha do niemieckiego, to i tak pewnie znowu wyląduję z rażącą 4. No bo jakżeby inaczej. A sprawdzian. Chuj. Przełożony, bo anglistka se wyszła, ale z drugiej strony wróciłam godzinę wcześniej, więc zajebiście. Dochodzimy do czwartku, którego jedyną złą część stanowił angielski. Hmmm. A napisałam ten test? Nie... Bo musiała być kolejka do ksero (bo baba nie przygotowała sobie tego wcześniej) i nastała normalna lekcja. Super. Nie.
I tak błyskawicznie dochodzę do piątku. W piątek sprawdzian z polskiego, sprawdzian z angielskiego i jeszcze ojciec nakręcił mnie na fizykę. Super. Może sprawdzian z angielskiego na początek. Eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee... Znowu go, kurwa, nie było, bo były grupy łączone, ponieważ nauczycielki od tej lepszej grupy gdzieś sobie też poszła I ja w myślach takie fffffffffaaaaaakkkkkkk. Nasza anglistka też niezadowolona. ._.
I jeszcze dodajmy, że na fizyce też nic nie było: całą lekcję oddawała nam kartkówki i diagnozy. Diagnozę to pal licho, a kartkówka: 5+. Najwyższy wynik.
Ale i i tak straciłam do siebie cierpliwość. Przez polski. W czwartek zakuwałam równo z 5 godzin, a na teście Tyrezjasz zlał się mi z Tyrtajosem w jedno. Noszzz. I jeszcze spieprzyłam liryków greckich. Błagam o 5. Błagam. Nie rób mi tego kobieto
W piątek także moja kasa miała se nocowanie, z którego się wywinęłam. I tak za pół roku rodzice będą wygadywać, że marnuję ich hajs, gdyż nie korzystam z takich imprez. Cholera, nikt nie zmusi mnie do męczenia się.
Na zakończenie tego jakże pięknego maratonu, zaszalałam: 2 czekolady i baton. Trudno. Będę gruba xD
Dodam jeszcze sobotnie przemyślenia. Główny wniosek: październiku, skończ się, bo jesteś do dupy! A to z kilku powodów: kartkówki z historii, matematyki i zaległego sprawdzianu w poniedziałek. Kartkówki z geografii we wtorek. Kolejnej kartkówki z niemieckiego i prezentacji z wosu w środę. Najs.
Już sobie jako tako tę historię ogarnęłam. Angol i matmę jeszcze sobie powtórzę, a prezentację z wosu jeszcze szlifuję. Raczej nie skończę, ale będzie spoko. Chyba.
Jednak zamiast odpocząć w ten weekend, to muszę się nasłuchiwać jaka to ja brzydka i nienormalna jestem. Porównywana do osoby, którą moi starzy za bardzo nie tolerują i inne bzdety, które powinny mnie zasmucić, ale na razie mam na nie wyjebane. Za tydzień odzyskam już telefon i nareszcie będzie szafa (remont w toku). A tymczasem wracam do nauki, bo guzik se porysuję.
  • awatar Millscape: @` Niezależna od innych <3: Zgadzam się. W Anglii, czy też w Ameryce jest zupełnie inaczej i potem się wielce dziwią, że młodzi emigrują, a społeczeństwo się starzeje.
  • awatar ` Niezależna od innych <3: Gdy to przeczytałam doszłam do wniosku, że to wszystko i tak na ch*j. Wiem jak teraz w życiu, mało rzeczy ze szkoły się przydaje, a każą się uczyć i uczyć.. Jak widzę, masz kartkówkę za kartkówką.. Osoba taka jak Ty-ambitna ma tak na prawdę mało czasu dla siebie.. A nauczyciele narzekają, że uczniowie się nie uczą.. a jak mają się uczyć, gdy 8h w szkole i jeszcze kilka w domu, b cokolwiek ogarnać. System szkolnictwa w Polsce jest beznadziejny.
  • awatar Millscape: @Dysocjacja: Zgadzam się co do tego niemieckiego. I to jest najbardziej wkurzające -.- Dziękuję za miłe słowa. Ty również się trzymaj :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Już skończyłam serię z porami roku. I muszę przyznać, że to kolejna, która mi się podoba. No wychodzą one, są szybkie, można się pobawić z przyborami i nikt od moich mandal nie wymaga, aby były cudne. Chyba nikogo nie zaskoczę z kolorystyką (z resztą przy poprzednich przecież też nikogo nie zaskoczyłam).
-czarny nr 1
-popielaty nr 4
-lila nr 10
-paryski błękit nr 12
-niebieski nr 13
-ultramaryna nr14
Oczywiście rystor. Rystor mój ulubieniec. I ta piękna lila. Jest taka delikatna, w takich ślicznych chłodnych tonach. Nie zdziwię się, jeżeli poświecę jej całą mandalę, tylko musiałby być to odpowiedni wzór...
Jeśli chodzi o tę pracę, to głównie wzór śnieżynkowy, z nawiązaniem zarówno do pełnego motywu, jak i do akcentów w pojedynczym okrążeniu. Popielaty symbolizował śnieg, a czarny te gołe drzewa. Z kolei lila użyłam do esów-floresów-nawiązanie to tych wzorów na przymrożonych oknach, a także do fikuśnych, metalowych furtek, które kojarzą mi się z tym krajobrazem. Teraz to tylko zabierać się za kolejne rysunki. Mam sporo pomysłów, tylko nie wiem, jak będzie potem
  • awatar Millscape: @Kate - Writes: Miło mi to czytać :)
  • awatar Millscape: @rozpisana94: Nie mam. Na razie wystarcza mi Pinger, ale skrycie myślę o YT, choć nie wiem, czy znajdę siłę przebicia.
  • awatar Kate - Writes: Mandale są cudowne. Zimowa chyba właśnie najbardziej mi się podoba.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Boże, jak ja kocham to uczucie wpinania kolejnego rysunku do segregatora. No kolejny mały sukces. Dostałam 5 z angola za odpowiedź, więc jest zajebiście. I jeszcze ogarnęłam naukę prawie do końca tygodnia. Ale nie chcę wszędzie tyle pieprzyć o szkole.
Włosy. Znowu włosy z Instagrama. Ja bym nazwała tę fryzurę puszczanym dobierańcem. To pomarańczowo-różowo-fioletowo-granatowe ombre było tak śliczne, no cudo wizualne (nie zdecyduję się na farbowanie moich włosów, bo są tak cienkie, że boję się je aż tak maltretować). Rysunek skończyłam błyskawicznie. Może nawet się zmieściłam w 5 godzinach. Oczywiście musiałam użyć tego opalanego papieru, w którym jestem tak zauroczona-nie jest najwyższej jakości, albo to kredki nie dają rady, ale rysunki i tak wychodzą mega. Co do kredek, to mój ostatnio standardzik, czyli Faber-Castell Zamek. Bardzo żałuję, że nie są dostępne na sztuki. może, gdybym była jakąś YouTuberką, to udałoby mi się wysupłać taką możliwość. Na razie mam wszystkie w zestawie, ale i tak jest to niepokojące uczucie, kiedy zielenie w ogóle nie były temperowane, a czerń i, ku mojemu zdziwieniu, śliwkowy wyszły w 1/3. Co do żelopisu to męczę z wypisaniem ten od Pentel. A wracając do barw, mogłoby być jeszcze więcej kolorów, bo brakowało mi paru odcieni. Ale i tak uważam, że wyszło bardzo okej. Dużo lepiej od tęczowego warkocza. No miesięczny postęp widoczny! Wszystko mi się podoba, z wyjątkiem zdjęcia. No jest krzywe, rzuca cień jedno "zagięcie", ale musiałam to fotografować pod kątem, przy którym nie odbijałaby się lampa, bo kredki na samym końcu się mega błyszczą. No i jeszcze ta kartka się trochę podwinęła, ale zapewniam, że w rzeczywistości wszystko jest prościutkie i identyczne w konturach, jak na zdjęciu. Aż mam ochotę zacząć kolejny rysunek, ale sobie już daruję, ponieważ mam kilka rzeczy do zrobienia i chciałaby w coś jeszcze pograć xD.
Informuję także, że ponadrabiałam wszystkie wpisy. Tak mi mówi mój kalendarz. Postaram się, aby posty pojawiały się w piątek, sobotę i niedzielę, ale też nie będę na siebie naciskać. Nie mam czasami czego wstawiać, a blog głównie bazuje na rysunkach i rzeczach z tym związanych.
 

 
Ja na serio nie rozumiem, dlaczego ludzie tak nie przepadają za tymi dwiema pierwszymi częściami. Mi tam się one bardzo podobały. W szczególności Komnata Tajemnic. Pierwszy raz, jak oglądałam serię, mając te 11 lat, właśnie ta trzymała mnie w napięciu. Z kolei moja koleżanka uznała ją za najnudniejszą w całej serii. Ja tam tego nie rozumiem. Dobrze, po obejrzeniu kilkukrotnie już całej sagi, waham się, czy Czara Ognia nie stała się moja ulubioną częścią.
Najbardziej podobał mi się wątek z dziennikiem Toma. Niby temat magicznych zapisków był już oklepany, ale tu intrygował niesamowicie i te retrospekcje. Ogólnie jestem straszną maniaczką szkicowników, notatników, ogólnie papieru, więc to nie powinno m,nie dziwić. Powinnam także na początku wspomnieć o debiucie Zgredka. Wiem, wszyscy go uwielbiają, kochają. Nie przeczę, że jest uroczy, kochany, oddany, ale w 10% mnie niesamowicie irytował. W szczególności na początku, ale przebaczam mu rzecz jasna. Ogółem zajęło mi trochę minut, zanim się do Zgredka przyzwyczaiłam. Bez niego nie byłoby tak ciekawie.
Z kolei Gilderoy Lockhard mnie nie wkurzał. Mnie śmieszył. Był tak komiczno-idiotycznym, zadufanym w sobie, troszeńkę sprytnym gościem, że był moim powodem śmiechu. No po prostu nie wyobrażam sobie, że miałby nie istnieć.
Jak już omówiłam głównych bohaterów, to mogę przejść do krótkiej oceny fabuły. Początek jak zwykle mnie trochę wzruszył. Biedny Harry, wmówiono mu, że nikt o nim nie pamięta. Dalsze sceny ze Zgredkiem, jak już wspomniałam wcześniej, były trochę irytujące, ale potem się do skrzata przekonałam. Samo zabranie Harrego przez Weasleyów podobało mi się. Dobrze, że na samym początku jest już jakąś akcja. Potem doszło do wszelkiego rodzaju nieprzyjemności i muszę przyznać, że nigdy nie domyśliłabym się, że są one skutkiem działań Zgredka. Myślałam, że mają pecha i tyle. Ale jakoś nie poczułam dramatyzmu przy scenie, kiedy nastolatkowie myślą, że będą wylani. Główny wątek petronifikacji uczniów i ciągłych wzmianek o wężoustnym dziedzicu, który otworzył Komnatę Tajemnic, jak już wspominałam, trzymał napięciu. Tak się czułam w tę część, że od środka ogarnął mnie niepokój, jakby za chwilę w moim pokoju miał się pojawić krwawy napis i jakieś zesztywniałe ciało (takie anegdotki w oparciu o odczucia 11-latki). Ciekawiło mnie też, kto będzie następną ofiaą i całe dochodzenie. Z kolei za najnudniejszą scenę uznaję rozmowę z Draco i przemienionymi w Crabba i Goyla Harrego i Rona. Powinnam pewnie mieć jakiś strach, że z chwilę się odmienią, ale podobała mi si scena z pojedynkiem Harrego i Dracona dla odmiany. Współczuję też Hagridowi, no bo to on był posądzany o trzymanie potwora, zagrażającego szkole, ale te pająki. Aragog, sorry, ale ciebie nie lubię i nie ważne, jak bardzo ciebie lubi Hagrid. Powoli sobie doskakuję do końca, bo ja zawsze piszę recenzję bardzo lunźo-są one zlepkiem pojedynczych myśli.
Lałam, no dosłownie mnie roznosiło, jak Gilderoy stracił pamięć, bo użył złamanej różdżki Rona. Jego koniec mnie zadowolił. Jednak nie zadowoliła mnie głupota Jinny, choć na co ja narzekam: jako jedyna zachowała się adekwatnie do wieku 12 lat. Końcowe sceny z bazyliszkiem i Tomem mnie także usatysfakcjonowały. Tego gada odrobiono świetnie, a feniks Fawkes to moje ulubione zwierzę: takie dumne, ratujące całą sytuację. Przyniósł Harremu miecz i uleczył jego śmiertelną ranę. Ja jego muszę narysować. Fawkes jest mój ♥ Tak więc Harry, 12 latek xD, ja zwykle bohatersko uratował całą szkołę i biedak się tyle ze sobą namęczył, czy nie powinien trafić do Slytherinu, ale na szczęście dobry Albus pokazał mu wystarczy powód: miecza mógł dobyć jedynie prawowity Gryffon i tu też plus ode mnie za ten szczegół. A do Zgredka przekonałam się całkowicie w tym momencie, kiedy ochronił Pottera przed Lucjuszem. Taki był wdzięczny za orzynaną wolność.
Ja bardzo polecam tę część. I wracam się uczyć
 

 
Powoli, do przodu suniemy przez ten rok szkolny. Nie wiem do czego mi się tak śpieszy. Przecież ogólnie nie jest tragicznie, ale jednak coś jest, co każe mi w myślach przyspieszać czas, poganiać go. Na szczęście już mi prawie minęło to przeziębienie i ogólnie jest ok. Ten tydzień minął, powiem, bez większych problemów. Nie wydarzyło się nic strasznego, dołującego, choć im dalej w las, obawiam się, że będzie gorzej. Że nie wygrzebię się spod sterty sprawdzianów, kartkówek i zadań domowych. Na razie to doceniam. Oddaję się w dalszym ciągu słodkiemu lenistwu, ale żeby nie było, przygotowałam się już na kartkówkę z chemii i planuję uskutecznić naukę z niemca i zadanie domowe z informatyki, więc wesoło. Jeszcze jest wolne jutro, ale i tak czekam do drugiego weekendu października, bowiem mój telefon poszedł do naprawy i jestem zmuszona żyć bez niego przez kolejne dwa tygodnie, czyli sobie nic nie obejrzę, nie będę aktywna na instagramie, ale chociaż będę miała wystarczający pretekst, aby nie korzystać z messengera, bo już mam dosyć tej aplikacji , a muszę ją mieć, bo inaczej może mnie wiele informacji ominąć. Stołówka mi się coraz bardziej podoba, no bo w której innej dają tak często pyszne obiady?
W środę miałam 3 pyzy z sosem i modrą kapustą, a w piątek znowu pierogi! Tym razem ruskie i wzięłam jeszcze dokładkę. Mam nadzieję, że mi się nie odłoży xD Nagrody za miniony tydzień nie mogłam sobie odmówić i była ona skromniutka: 2 wafelki Alpino z Biedronki Kit kata cheesecake ciągle nie mogę znaleźć, co mnie niesamowicie frustruje
Skoro już sobie podsumowanie tygodnia, krótkie, bo krótkie, ale zaliczyłam, to może podsumuję sobie miesiąc. Bo wrzesień w końcu minął! A o to modliłam się w początkowych dniach. Zaczynał się chujowo, miał wiele chujowych dni, ale teraz już się bardziej ustabilizowało: przyzwyczaiłam się do wielokrotnego wracania późno do domu, wyrobiłam już sobie małe nawyki. Zawsze prościej. Ale i tak ciągle huśtają mi się moje humory na zasadzie: jest źle i jeszcze gorzej. No przeżyję. Oprócz "problemów" związanych ze szkołą, dobił mnie jeden fakt, o którym nie wspomniałam tydzień temu; pewnie przez złe samopoczucie, ale wspomniałam przy rysunku. Mianowicie karin wypuściło 58 nowych kolorów, które oczywiście bym chciała mieć, ale chyba to się nie spełni. Zaczęłam inaczej postrzegać pieniądze. Mam ochotę rezygnować ze wszystkiego, aby przeznaczać na rzeczy do rysowania, aby rodzice nie musieli tyle hajsu na mnie marnować. Jak kiedyś czułam się głupio z faktem, żeby ich o coś poprosić (a nie zdarzało się to często, tak mi się wydaje, patrząc, ile inni dostawali), tak teraz czuję się jeszcze gorzej i nawet ich nie poinformowałam o egzystencji tych markerów. Z drugiej strony nie wiem też, czy uda mi się zarabiać tyle, aby zaspokoić swoje zachcianki. Kurwa, tak bardzo nie chcę się ograniczać. Kurwa, jak już się żyje, to dlaczego wiecznie trzeba się się ograniczać... Tu nie mogę malować paznokci, tu nie mogę tego, tamtego. Nie chodzi mi już o życie w luksusach, ale o to, żebym nie miała problemów typu. Ooo, ale świetne [...] kurwa, nie mogę tego mieć, bo hajsu nie mam i Cholera, ale czasu nie mam!
Jak mi się nie zmieni, to ciężko będzie (chodzi mi o niektóre głupie postępowania). Problemy licealistki. To dziwne? Może by nie było, gdybym wiedziała krok po kroku co zrobić, aby osiągnąć swój sukces. Nie wierzę w to, że człowiek ciągle do czegoś dąży. Tzn. chodzi mi o główne cele ziemskie, bo wiadomo poboczne, maleńkie zawsze będą, ale wiem, że jak będę miała pracę, która da mi odpowiednie wynagrodzenie, będę spełniona. Tylko tyle, aż tyle.
Na razie przeżyć październik. Mam nadzieję, że zleci mi szybciej niż wrzesień. Powinien, bo skoro nastanie intober, to będzie mnóstwo prac do przeglądania i samo to pożre mnóstwo czasu, a niech pożera.
Stukam to lodowymi palcami. Uroki zimnych dni. Zastanawiam się jeszcze, jak to będzie z podsumowaniami tygodnia. Może będą, może nie, czas pokaże z podsumowań miesiąca, choćby nie wiem jak denne były, ne zrezygnuję.
 

 
No to sobie dzisiaj sporo porysowałam, bo mandala wykonana w jeden dzień. W pół dnia Powinnam jeszcze skończyć robić zadanie domowe z angielskiego i się pouczyć, ale dopadł mnie taki leń. Z resztą, jak zawsze w piątunio. W każdym razie chociaż poczytam i pogram w PSP, a jutro się skończę lenić.
Chyba każdy się domyśla, jaki wymyśliłam sobie temat przewodni do mandali. Jesień. Napisałam fall, ponieważ miałam niesamowitą zawiechę, jak się pisało tę dłuższą nazwę. Zdarza się. Też bardzo mi się spodobało dobranie kolorów:
-żółty nr 22
-turkusowy nr 15
-bordowy nr 29
pomarańczowy nr27
-szary nr 3
-brązowy nr 30
Postawiłam na liście. Bardzo kusiły mnie również grzyby, ale grzybową mandalę wykonam kiedy indziej. Też wplotłam żołędzie i szyszko-kwiatoprzekwitłe twory, kasztany... No jednym słowem mandala klimatyczna. Na razie marzenia złotej, polskiej jesieni mogą być w tym roku realne, bo sporo słońca w ostatnich dniach.
http://b3.pinger.pl/8732dc9a6362f00fd8be7778acbaa185/DSCN1503.jpg
 

 
Dziękuję tej jebanej szkole: mam nawrót: na szczęście gardło trzyma się bez szwanku, ale ten nos. No dramat. DRAMAT. Muszę wszystkim, wszystko powtarzać. Mówi mi się ogólnie trudno. Mam co jakiś czas aż dreszcze i teraz zrobiło mi się cholernie zimno. W dodatku jestem taka zmęczona, że aż przysnęłam. A przysypianie w dzień to u mnie rzadkość. Jeszcze jutro 8 lekcji (z kolei dziś 5, bo odwołali nam matmę i dlatego tutaj sobie siedzę) Jak się będę źle czuła, to nie pójdę. Batami mnie nie zagonią. W środę się zmuszę i w piątek. Boszzzz. W dodatku dzisiaj mega słabo spałam.
Przejdźmy teraz do głównego tematu, bo moje wstępy robią się trochę "umierające" xD. Model DNA, to chyba najpowszechniejsza praca techniczna, jaką zadają nauczyciele. W gimnazjum nie chciało mi się go wykonywać, ale liceum (ciągle to do mnie mnie dociera), to inna para kaloszy i trzeba korzystać z każdej możliwości zdobycia oceny, bo wcale nie łatwo było ogarnąć w pionie podwójną helisę. Po kolei. Zaczęłam od robienia słomek, jako zasad azotowych. Na początku chciałam, żeby słomki sobie były od tak sobie ślicznie poprzycinane, niepomalowane, ale potem stwierdziłam, że lepiej będzie jak pomaluję farbami akrylowymi i w końcu wyszło, że dzielenie każdej słomki na pół jest całkowicie zbędne. Brawo ja. W każdym razie i tak polecam skleić (nie ciąć!) ze dwie słomki, bo będzie lepiej widoczne. Tuptamy sobie dalej. Jak ogarnęłam malować słomki, to pojechałam z tatą do Obiego po drut i kawałek płyty pilśniowej (1,19=1 usługa przycięcia + 0,19 sam materiał). No i zaczęłam sobie odmierzać kawałki drutu, potem zawinęłam po dwa ze sobą i obkleiłam łącznie 8 warstwami taśmy malarskiej-jako deoksyryboza. Potem szczęśliwa sobie klejem na gorąco poprzyklejałam każdą słomkę do dwóch drabinek i zaczęły się problemy: nie mogłam skręcić podwójnej helisy. Na szczęście szybko zorientowałam się, co spowodowało ów problem: beznadziejna taśma malarska, to na czas skręcania sobie pospinałam całość spinaczami. Jakoś się udało. Dalej,. Przyczepienie do deseczki nie było wielkim problemem, ale problem był po puszczeniu. Środek podwójnej helisy uległ przesunięciu i wyginała się. To nie wyglądało dobrze. Po usunięciu spinaczy, zaczęła się rozklejać taśma. Pomocy! Za nim z ową usługą przyszedł tata, zdążyłam kolejny raz podmalować farbą zasady azotowe (farba akrylowa oczywiście łatwo odpryskuje od polipropylenu-najs). No i stanęło na tym, że wywiercił dziurę na samym środku płytki i przez tę płytkę jakoś przewlekliśmy kij od storczyka. Stało! To ja musiałam ratować taśmę malarską, taśmą dwustronną i przeźroczystą, a przez resztę wieczorku domalowywałam sobie reszty kwasy fosforowego(V) z zakończeniami poszczególnych nukleotydów i tabliczki z legendą. Tyle zachodu!!!!
Zaniosłam dzisiaj, bo jak już wspomniałam: tylko 5 lekcji i czułam się słabo. Dlatego nie chciałam zostawiać tego na niepewne chwile.
Czy było warto? Szczerze powiedziawszy, to może połowicznie, bo 6 jest, nauczycielka zadowolona, ale mam nieodparte wrażenie, że w 50% zmarnowałam swój czas. Chyba nie powinnam, aż tak bardzo lubić rysowania, pisania, grania i robienia zdjęć xD.







To ja wracam się uczyć, póki czuję się jako tako.
  • awatar rozpisana94: Nigdy czegoś takiego nie robiłam. Ciekawe ;) Zdrówka życzę!
  • awatar Millscape: @Wiky the Metal-Punk!: Serio? To chyba ja do jakiś dziwnych szkół chodziłam xD. Dziękuję. Dziękuję :*
  • awatar Millscape: @` Niezależna od innych <3: Oooo. Też w zależności od profilu. Jeżeli dla Ciebie to było szczęście, że Ciebie ominęło, to cieszę się razem z Tobą.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Kolejny rysunek, który jako tako wygląda. Chcę rysować więcej, ale to nie wychodzi. Tak samo jak pisanie opowiadań. Czas ucieka mi na coś innego, z czego nie jestem do końca zadowolona. Tzn. wolę narysować coś, czego efekt będzie średni, niż robić z obowiązku coś, czego efekt będzie super. Tu chodzi o czerpanie radości z samego wykonywania. Prawda stara jak świat, a ciągle się o niej zapomina.
Drugi rysunek na papierze do markerów od Molotow. Przycięłam sobie do formatu A5.
Prócz tego brushmarkeryPRO i biały żelopis od Pentela. Już mówię, z czego nie jestem ze zadowolona: ze skóry i z nosa. Toż to woła o pomstę do nieba! A się naprawdę starałam. Nie moją winą jest to, że nie da się ciągle mieszać tego samego odcienia skóry, więc wyszło jak wyszło. A nos zniszczyłam jedną za ciemną plamą, bo waterbrusha zapomniałam wyczyścić. Czy są jakieś pozytywy tego malunku? Tak, wygląda znośnie całościowo. Jeśli chodzi o grafikę, to jest ona zrysowana z aplikacji Teen Wallpapers, która zapożyczyła ją od aplikacji Girly_m, która używa prac z Instagrama. Toteż nie wypada mi wstawiać mojego zrysowanego digitala na moje konto. Niby autorka się nie podpisała, ale usunięcie czyjejś sygnatury jest proste. Nawet ja bym potrafiła to zrobić (głównie dlatego, że umiem sobie wyretuszować czoło i brodę w gimpie xD) Mam nadzieję, że kolejny rysunek w tym stylu wyjdzie lepiej.
A'propos lepiej. Czuję się lepiej niż wczoraj: gardła w ogóle nie czuję, a nosem już mogę jako tako oddychać, więc lecę coś tam poćwiczyć. Wiecie. Zbliża się koniec roku i trzeba postanowienia noworoczne dopełniać. Niestety czuję również zbliżający się kaszel, co może okazać się katastrofą, ale może kolosalnymi dawkami witaminy C, to powstrzymam? Tymczasem jutro tylko 5 lekcji.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Już nastał kolejny weekend, po trzecim, ciągle chujowym tygodniu szkoły. Czekam już na kolejny, ponieważ ten się trochę zjebał, ale po kolei. Było w miarę zajebiście do środy. W środę miałam pisać 2 kartkówki i dwa sprawdziany diagnostyczne, ale koniec końców napisałam tylko dwa sprawdziany, bo kartkówkę a z niemca przełożono na kolejny dzień, a z angielskiego na kolejny tydzień. A się zjebało, bo """dostałam się""" do tej gorszej grupy z niemieckiego. KURWA. Tyle lat nauki angielskiego na chuja, bo oczywiście trzeba mi dopiec za to wszystkie zło, jakie mówię na tę budę, nieprawdaż? W każdym razie nie dość, że dostałam się do tej grupy, to jeszcze nauczycielka jest tak zjebana, że szkoda obie strzępić ryja. Daje takie obszerne kserówki z kilkunastoma zadaniami i trzeba je rozwiązać na kolejny dzień. Kuźwa, nie wystarcza, że ciągle mam 5 godzin angielskiego tygodniowo? No najwyraźniej nie. Skończyło się tym, że przy mamie i zamkniętych drzwiach zrobiłam takie przedstawienie, że elektryk, który nareszcie wkładał obudowy na włączniki światła, musiał mieć pewnie niezły ubaw. Musze także powiedzieć, że ta kobita mnie wręcz obraziła, bo powiedziała, że między grupami jest ogromny przeskok. Czyżby? Osoba z najniższą punktacją miała 71 pkt. i nic się nie odzywała. Dla porównania: miała 69pkt i mówiłam od chuja dużo. No nic. Przygotowałam się do lekcji kolejnego dnia, obejrzałam sobie jakiś jeden odcinek kilkunastominutowego serialu (bo tylko tyle znalazłam wolnego czasu) i położyłam się spać, wstając z opuchniętymi powiekami.
W czwartek zjebał mi się humor od samego rana. Zrobiłam głupi, niewybaczalny błąd na kartkówce z niemieckiego. Nie dodałam ge do jednego czasownika, a tym samym moje szanse na piątkę zmalały, bo prawdopodobieństwo, że pierdolnęłam jeszcze jakiś głupkowaty błąd jest ogromne. No nic. Pożyję, zobaczę. Chciałam już, aby było po lekcjach, choć nie należały one do jakiś wybitnie angażujących, to i tak nawet na w-fie musiało się coś wydarzyć. Niech już to powiem. Babka od w-fu jest całkiem spoko, ale ma tak samo zjebane myślenie, co każda inna koleżanka w tym fachu. Kazała nam biegać. Co z tego, że świeciło słońce, skoro było cholernie zimno? W ramach dygresji: przebiegłam 800 metrów w 3 minuty i 51 sec. Już myślałam, że został piątek i kartkówka z fizyki i nareszcie będę miała spokój, ale NIE. Bo obudziłam się wczoraj z bólem górnej części gardła, od tego jebanego biegania. Żeby mi jeszcze chociaż minęło po kilku godzinach, ale oczywiście nie. Dopierdolmy Milence, a co jej tam. Nich ma za karę. Już mówię: kartkówkę z fizyki też najprawdopodobniej zjebałam: nauczyłam się wszystkiego, ale jednak nie, bo babka zadała pytanie co oznacza przyspieszenie: 10m/s^2, którego sobie, że tak powiem wcześniej nie rozpisałam. Modlę się, abym przy moim pokrętnym wytłumaczeniu nie znalazł się o jeden kwadrat za dużo, bo to koniec. W dodatku wieczorem czułam lewą dziurkę od nosa i przez noc obudziłam się kilkanaście razy. Oczywiście wzięłam z 500% dziennego zapotrzebowania na witaminę C. Spałam na lewym boku, aby nie zapaprać sobie prawej dziurki od nosa. Zagłębiamy się w najnowsze informacje: już się cieszyłam rano, po zjedzeniu śniadania, że z gardłem lepiej, a spanie na lewym boku przyczyniła się do nie zainfekowania prawej, ale im później tym gorzej. Lewa strona tak mi nawala, a z nosa płynie mi woda. Niby takie gówno, ale mnie tak to wkurwia i męczy zarazem, że to chyba się nie dzieje. Echhhhh W dodatku muszę udawać, że jestem zdrowa, bo inaczej od rodziców by mi się nieźle dostało: ojciec wczoraj się zaszczepił, więc powinnam z tym przeziębienie poczekać do przyszłego tygodnia, ale stało się. Dzielnie przetrwałam Aldiego (były promocje i musiałam sobie zadbać o zapasy), poleciałam do pasmanterii i zrobiłam jeszcze rundkę po Obim, bo w końcu przyszedł i na mnie czas, aby wykonać model DNA. Ale się mi jeszcze dowaliło to, że z mojego wkurzenia, że nie było ryżu na obiedzie, to pochłonęła mało smaczną porcję mięsa i surówki za szybko i teraz schodzi mi skóra z podniebienia. Au! I tak jestem w przerwie między klejeniem tego modelu i pisaniem e-maila na angielski, bo im szybciej to zrobię, tym wcześniej uzyskam spokój wewnętrzny. Zrobiłam sobie Mocate z belgijską czekoladą, by się rozgrzać, bo moje skostniałe paluszki wołają o pomoc, a teraz, jak w ostatnim czasie ciągle narzekam, ale sorki: jestem w sporym procencie egoistką
Z pozytywów:
Za moje zadanie domowe, dostałam 6 z informatyki i czuję się z tym faktem ZAJEBIŚCIE
Z półpozytywów:
naleśniki z truskawkami na stołówce są dobre, ale tłuste
-"pierożki leniwe" były ok, ale okazały się kopytkami, co trochę mnie rozczarowało
-w nagrodę za przeżycie tego tygodnia kupiłam sobie 2 kitkaty, ale nigdzie nie mogę znaleźć cheesecake, bo moje Żabki są upośledzone
Czyli jednym słowem: kolejny denny tydzień. Wracam wycierać strumienie cieknące z nosa, sklejać model DNA i pisać e-mail na angielski, za nim moja temperatura ciała wzrośnie, bo już to czuję ;/

A ta piosenka jest zajebista. Nabijmy jej miliard wyświetleń!
I don't trust nobody and nobody trust my
I'll be the actress starring in you bad dreams!
 

 
Kolejna mandala do mojej rosnącej kolekcji. Kto widział ostatnią, to chyba od razu się domyślił, że tematem przewodnim tego dzieła będzie lato. Trochę się zastanawiałam nad kolorystyką, ale w końcu wybrałam coś, co mi mega odpowiada, a mianowicie takie zestawienie:
-ultramaryna nr 14
-morski nr 16
-morelowy nr 24
-koralowy nr 6
-magenta nr 9
-oranż nr 25
Oczywiście, że mnie kusił zielony. Kusił mnie bardzo, ale się tej głupiej pokusie oparłam i poprzestałam na 6 kolorach. Było to swego rodzaju wyzwanie, ale koniec końców, uważam, że mandala wyszła ciekawie: są truskawki i ananasy, motylki, kojarzące mi się z babcinym ogródkiem, fale wody, muszelki, sklepienia architektoniczne, ogony rybek (przez powtarzający się w lecie syreni wzór), piasek. Oczywiście, że mogłam jeszcze zamieścić palmy, arbuzy i tak dalej, ale przez to mam pomysły na kolejne magiczne kółka, których wykonania nie mogę się doczekać. Mam OGROMNY napływ pomysłów. Może owocowe i warzywne mandale? Kto to wie, a co u mnie, to będzie wszystko w jutrzejszym podsumowaniu tygodnia. Zapowiada się długi wywód. A tymczasem wracam nadrabiać moje zaległości.

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Można by było zadać pytanie: co ja robię ze swoim życiem, pisząc o czymś tak banalnym, powszechnym, i tak dalej, ale potrzebuję czegoś, co umili mi ten szary wieczór.
Otóż mogę stwierdzić, że ja jestem specyficzną osobą, bo książek czytam mało. Harrego Pottera oglądałam każdą część minimum 3 razy, a papierową wersję miałam tylko raz i pierwsza część została zaliczona tylko z faktu, że miałam ją jaką lekturę szkolną w podstawówce (bodajże 6 klasa). Jakoś mnie nie urzekła. Za to film wręcz przeciwnie. Nie ukrywam, że od zawsze chciałam obejrzeć ów ekranizację, ale rodzice zgodzili się w wieku dopiero w jedenastu lat (czyżby zbieg okoliczności? xD), czyli w czasie, kiedy większość znajomych temat Pottera przejadła wzdłuż i wszerz, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi. Akurat niedawno zabrałam się kolejny raz za tę serię. Postanowiłam, że nie zbiorę jej całościowo ani nie będę wstawiała, np. podwójnie, bo to sensu nie ma, ja nie znajdę tyle czasu i ogólnie słabo, a pojedynczo: prosto, łatwo i przyjemnie.
Kamień Filozoficzny najbardziej przypadł mojej mamie do gust, co zaliczam jako sukces. Mnie również część to się podobała, ale mam inne faworyty Jest ona bardzo przyjemnym wprowadzeniem, a początek, jakznęcano się nad Harrym, s potem chłopiec zdmuchuje świeczki z "tortu" mnie doprowadził do kilku łez. Ogólnie klimat jest oddany świetnie, no o muzyce nie muszę wspominać, bo to jeden z kluczowych, doskonale dobranych elementów, przez co bardzo rozpoznawalny. Samo wprowadzenie do magicznej części świata jest niezwykle realistyczne: przez ogromną liczbę szczegółów, najpierw udzielaną przez Hagrida, a potem przez Rona: te wszystkie uliczki, magiczne przedmioty, ludzie, aż w końcu szkoła z całym wprowadzeniem, ucztą, przydziałem do domów, z lekcjami. Idealo. Część poznawcza nie stanowiła zbitej informacji encyklopedycznej, ale te, jak każdy wie, powoli nabierała tempa, z wieloma przeplatanymi wątkami, np. jak Harry staje się poszukiwaczem Gryffindoru, otrzymuje Czapkę Niewidkę, jak troll zostaje uwolniony i potem odbywają karę. Następnie fabuła się splata w jednym kierunku. Kiedy Harry, Ron i Hermiona zaczynają podejrzewać, że istnieje coś takiego jak Kamień Filozoficzny, że za tymi wszelkimi kłopotami stoi Snape, który chce zdobyć Kamień dla Voldemorta. Akcja jest trzymana w napięciu do ostatniej chwili, co również przypadło mi do gustu, a bohaterowie od razu wszystkiego nie otrzymują, jak to czasem bywa. Z scen przed punktem kulminacyjnym zdecydowanie szachy wygrywają. A samo wyjawienie, iż profesor Quirell jest tym złym, będąc tą 11-latką, mną nieźle wstrząsnęło. Wygrana Harrego z Voldemortem/Quirrelem była także oryginalna; poprzez dotyk dziecka, dla którego matka się tak poświęciła? Cudowne, nieszablonowe. Zakończenie także przyjemne, nie pozostawiające niedosytu, bo na szczęście wszystko zostało zamknięte w jednym roku szkolnym. Tylko zastanawia mnie jedno, dlaczego akurat Kościół uznał to jako zakazane, skoro są pokazane wartości? Poświęcenie, obrona przyjaciół (Harry do Draco, o Ronie oraz Ron i Harry do Hermiony), dobro, mądrość, dopełnienie, skromność, miłość. Przecież to nie jest naciągane, tylko rzeczywiście te wartości występuję. Choć chyba potrafię na to odpowiedzieć i taka sama może był odpowiedź, np. do Death Notea: ludzie za bardzo się zaangażowali, traktując fikcję zbyt na poważne, jeśli można tak powiedzieć,
Zawzsze porządnie odpoczywam, oglądając te filmy. Rzeczywiście jest coś, co wyróżnia je na tle innych i nie mają niczego, do czego można się przyczepić: że któraś animacja źle wykonana, że tu coś nie pasuje. Jest świetnie i tyle. Tylko nie mogę zdzierżyć jednego: jak 11-letnie dzieciaki mogą być takie mądre? Ale to już tak się przyjęło: jedenastoletnie ciała z rozumem dorosłego. Tak było, jest i będzie.
 

 
Żarcie, żarełko, słodycze, jedzonko pierwszy raz zagościło u mnie na papierze. Jak zwykle na podstawie obrazka z internetu i prawdopodobnie czyjegoś bloga kulinarnego. Tak wiem, kiedyś przyjdzie kryska na Matyska, i ktoś zrobi mi dramę z tego powodu, no ale nie kopiuję rysunku, tylko zdjęcie, więc grzech ten niech będzie złagodzony. Tym bardziej, że w domyśle autor zdjęcia zawsze może zgłosić swoje prawa w komentarzu i je w pełni szanuję.
No koniec tego długachnego wstępu. Muffinki bardzo lubię. Tak samo lubię wyduszany krem i kleksy czekolady. No za malinami nie przepadam. Lubię, ale zdecydowanie to nie są moje ulubione owoce. Może dlatego, że kiedyś na siłę mi je wciskano? No nie wiem.
Zdjęcie owej muffinki bardzo mi się spodobało: schludne , ostre, apetyczne, czyli kompletne przeciwieństwo do moich pstrykaczy. Nie potrafiłam się powstrzymać, aby tego nie narysować. Nadmienię także, że owa praca jest ostatnią, której część powstała w okresie letnim. Moja ulubiona część? To zdecydowanie krem foremka-wyszła niezwykle naturalnie Choć ta czekolada i ciasto wyszło równie smakowicie, Z kolei malinka jest najsłabszym ogniwem. A jeśli chodzi jak zwykle o części praktyczne, to:
-kredki ołówkowe Zamek faber-castell
-biały żelopis od Pentela
-papier z empikowego szkicownika, którego już udało mi się rozwalić, ale nawet się nie starałam
Aż zrobiłam się głodna patrząc na ten rysunek-na pewno w przyszłości będę robiła więcej rysunków z produktami do zjedzenia. Na pewno ciekawiej rysować taką aranżację, niż w kółko rysować coś leżącego na stole, np. pomalowane kamienie (pozdrawiam kochaną Amebę, nawet za panią tęsknię ;P)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Ktoś się stęskniła za mandalami? Bo już do nich powróciłam (no nie oszukujmy się, 2 miechy minęły, jak zwykle, błyskawicznie) i mam mnóstwo pomysłów. Co prawda obiecałam sobie, jak skończyłam wczoraj czytać Króla Edypa, że napiszę jeszcze jego recenzję, streszczenie, opracowanie, cokolwiek, ale już zdarzyło mi się zmienić i stwierdziłam, że wpis o tej tematyce byłby najzwyklejszą stratą czasu (a i tak straciłam wystarczająco dużo na samo przeczytanie tej broszury, tragedii Sofoklesa, który napisał jedynie rozwinięcie popularnego mitu-swoją drogą, gdybym nie znała treści tego opowiadania, to kompletnie nie zorientowałabym się, o czym oni bredzą).
Prawdopodobnie każdy zauważył, po tej artystycznej stronie YT, że komentarze są niesamowicie powtarzalne, uderzające w tematykę "jako", gdyż jest na to moda. I znowu, jak z casem na telefon, wpadłam na to, co połowa ludzkości, zanim owe komentarze stały się widoczne wszędzie. Od samego początku rysowania mandal, uderzałam w tematykę, bo nie oszukujmy się, bez tematu przewodniego, mandala wydaje się wybrakowana. Więc uderzałam we wzory kwiatowe, piórkowoogniste, powtarzalne, kiedy chciałam wykorzystać jakiś medium. Nawet znalazł się wzór symbolizujący mój ból pleców. Dzisiaj prezentuję mandalę z serii pory roku, wiosnę. Prawdopodobnie nie ostatnią. Ktoś mógłby się spierać, że połowę moich mandal mogę nazwać mianem wiosna, ale ta jako pierwsza ma wpisane to słowo w sam środeczek. Wzorami przewodnimi są drobne kwiaty, trawa, liście i gałęzie. Użyłam cienkopisów rystor w kolorach:
-wiosenna zieleń nr 21
-groszkowy nr 17
-jasnozielony nr 18
-fioletowy nr 11+fiołkowy nr 7
-cynamonowy nr 26
 

 
Kolejny tydzień minął, z czego jestem niezmiernie zadowolona. To tak, jakby ta ogromna kobyła, jaką jest pierwsza liceum, się powoli zmniejszała. Kolejny tydzień bliżej do wakacji i tak dalej. Moją jakby nagrodą za przeżycie tego tygodnia było właśnie zalaminowanie zakładek.
Ogółem to tydzień zaczął się chujowo. W poniedziałek, przed religią, wyciągnęłam na chwileczkę telefon, aby go oczyścić z plików śmieci i sprawdzić gmaila, bo czekałam na ważną odpowiedź. To wyskoczyła mi wielegopierdupie (bibliotekara z ogromną dupą, cyckami i jeszcze większym ego) i mi wzięła telefon. Potem powiedziała, że mam go odebrać po LEKCJACH. No to ja, wkurwiona, zapomniałam o wszelkich manierach, trzymałam ręce w kieszeni, by słuchać jej wywodu, ona mnie zganiła i tak dalej. Pierwszy raz w życiu. Następnie się okazało, że wychowawczyni (ktoś ma jakieś fajne przezwisko dla niej?) się o incydencie dowiedziała, bo wielegopierdupie miało na myśli po LEKCJI. No i wpadłam. Odzyskałam telefon, wysłuchałam kolejnego wykładu, usłyszałam, że biliotekara jest mną zawiedziona (w sumie jej zdanie mnie gówno obchodzi). A jaki był koniec? Kobita mi powiedziała, że moja koszula jest KONTROWERSYJNA, a dlaczego? BO MA ZA CIEMNY ODCIEŃ NIEBIESKIEGO. Serio?! Żarty jakieś?
Brniemy dalej. We wtorek spokojnie sobie siedziałam na obiedzie. Niestety, przyszła wychowawczyni, potem usiadło wielegopierdupie, nie mieszcząc się na swoim krześle i wpierdzieliła 2 razy większą porcję, 2 razy szybciej ode mnie. Ja ogólnie skulona, usłyszałam: to ta, której skonfiskowałam telefon. Wychowawczynie próbowała jakoś mnie odciążyć, że nie znam regulaminu, ale i tak nie czułam, że jest po mojej stronie. Miałam ochotę się zrzygać i zagłodzić, ale kiedy wróciłam do chaty, to stwierdziłam, że nie potrafię odmówić mieszance orzechów na poprawę humoru.
Środa, zebranie. Poszedł ojciec i powiedział, że ma zupełnie inne zdanie o wychowawczyni, coś tam potłumaczył, napomknął (na moje nieszczęście), że średnio się czuję w grupie, zapłacił za wszystko (co mi będzie w przyszłości wygadywane i będę zmuszona do chujowych zajęć dodatkowych) i podpisał zgodę na upublicznianie mojego wizerunku, ale ja się, kurwa, nie zgadzam! Potem usłyszałam kolejny wykład o tym, jak będę miała ciężko w życiu, że nie chcę się integrować i tak dalej.
Piątek, dramatu ciąg dalszy, bo wychowawcza. Usłyszałam, że uczennicy nie pasuje malować paznokcie (i tym samym zabrano jedno z moich pasji, uwielbień, coś, czym się wyróżniałam, co chwaliły nauczycielki w gimnazjum, ekspedientki, ehhh...), że telefony tylko w nagłych sytuacjach (sorry, ale mam już 16 lat, bez przesady) i połowa lekcji zleciała na obgadaniu integracji, polegającej na nocowaniu w szkole. Zaczęło się znowu: że jak już to wszyscy mają przyjść. Wtedy się nie wychylałam, ale jak padło pytanie: "kto idzie, ręka do góry" to nie podniosłam. Powiedziałam, że źle się czuję na wyjazdach i w sumie... gówniana reakcja. Że będzie fajnie, inaczej i mam przyjść. To się nazywa indywidualne podejście do ucznia? Chyba nie.
Tydzień zakończył się tym, że odwiedziłam moje gimnzajum, aby wypożyczyć Króla Edypa, ponieważ do wielegopierdupia nie pójdę.
Z pozytywów: zarobiłam pierwszą ocenę i jest to 5 z niemieckiego
okazało się, że librus nareszcie pokazuje średnią
zdobyłam uznanie na siatkówce (w piękny sposób wykończyłam seta i raz odbiłam piłkę od tyłu)
Kluski szare mają spoko, a ryż na mleku jest dobry, ale wolę te, co są w kubełkach


Nie ukrywam: jest sporo nauki, ale jakoś to sobie bez problemu rozgraniczam. Na pewno wieczorne rozmyślania przeszły na tor: jak nie iść na nocowanie. Przeszło mi sporo pomysłów, ale najprawdopodobniej: podrapię sobie całe policzki na kształt wypieków, będę kaszleć i próbować mówić przez nos, może się porzygam.

Podsumowując: moje zdanie o tej szkole się ie zmieniło. Może gdyby to była szkoła ze 100% składem facetów, to było by lepiej, bo facet nie spina tak dupy. Nie polecam szkoły katolickiej, ale to nie ma nic do wiary katolickiej i księży, choć nie powiem, trochę mnie zniechęca, ale nie mogę pozwolić, by aż tak buda wpłynęła na moje życie.
 

 
Ile ja mam już zakładek? To pytanie nasuwa mi się za każdym razem, kiedy do mojej kolekcji. Jakiż kartonik, jakieś nabazgranie, jakiś gratis, jakaś nowa forma origami. I się za każdym razem nie mogę oprzeć. Na szczęście są to sprawy, wartości groszowej, więc nie przejmowałabym się tym za bardzo.
Byłam z rodzicami w Selgrosie, do którego dosyć często zaglądamy. I jak był szał na powroty do szkoły, to przyłapałam taki oto zeszyt papierów holograficznych. 8 arkuszy, każdy inny, każdy pięknie mieniący się. Chyba kosztował 5 zł, ale równie dobrze mógł kosztować 6. Wymiary to 17,5x28,6cm


Pomyślałam, że muszę z niego wykonać zakładki. Nie ma innej opcji. Dodatkowo jest to doskonały sposób,aby kolekcjonować "próbki papieru. Może niekoniecznie, żeby kupować kolejnym razem ten sam papier, lecz aby sobie je porównywać. Sprawdzać, które się już posiada. Zastanawiałam się na początku, czy skleić ze sobą zakładkę z dwóch różnych arkuszy, ale niestety natrafiłam na niezgodność wzoru. Kiedy się z tym uporałam, to poszłam dzisiaj do zalaminowania tych cudeniek. Pan delikatnie ukrywał zaskoczenie, a także miał niemałe problemy z poukładaniem karteczek na jednym miejscu, ale w końcu mu się udało. W ostatniej chwili zrezygnowałam z poprzecinania całego arkuszu, bo doszło do mnie, że może nie zrobić tak jak chcę. Dodatkowo na tym kroku zaoszczędziłam trochę, o zapłaciłam tylko 1zł. A efekt mi się podoba. Nie ma tu dużej filozofii. Jedynie z wycinaniem miałam ogromne problemy: tym bardziej, że nie posiadam dziurkacza, zaokrąglającego brzegi. Jednak w miarę to ogarnęłam
A co do papieru, to go polecam, doskonale się sprawdza, ale uważaj na zielony arkusz. Jest on tępy i brudzi ręce, jak zapomnieli go powlec. Może błąd, może nie.















 

 
Żeby wykonać coś od samych podstaw, muszę być bardzo przekonana do projektu. I tu zaskoczę. Do głowy wpadł mi ten sam pomysł, co kilkudziesięciu innym osobom, żeby wykorzystać klej i pistolet na klej, aby wykonać case na telefon. No cóż, zdarza się ludziom wpadać na podobne pomysły. Mi ubranka na smartphony się bardzo podobały, ale szkoda było prosić rodziców. Dodatkowo nie byłam pewna, czy na LG są. Potem mi przeszło, ale właśnie pod koniec tych wakacji, starając jakoś ogarnąć pokój, wpadłam na zapasowe wkłady do pistoletu i tak o to "wymyśliłam" sobie taki projekt. Następnie właśnie, dla nie podburzania ludzi, sprawdziłam, czy coś takiego istnieje. I okazało się, że istnieje. Pozostało mi jedynie zebrać trochę inspiracji, skoro już "mój" pomysł został zrealizowany. Postanowiłam wykonać wzór taki a'la koronkowy z zawijaskami i serduszkami. Obkleiłam porządnie telefon papierem do pieczenia, pokryty woskową powłoką. I na tę chwilę ten sposób średnio polecam, bo klej, oczywiście bez problemu odchodził, ale odchodziła również taśma, co raczej nie działało na moją korzyść. O ile ogarnęłam wejście na ładowanie, tak o wejściu na słuchawki zapomniałam. Z kolei o przyciski boczne się nie martwiłam, bo głośności wystaje, a czasie jest elastyczny, a do włączenia ekranu wystarczą dwa puknięcia.
Z problemów technicznych, to była ciągnący się klej. Nie oszukujmy się, kupiłam tańszy, ale po krótkim czasie to ogarnęłam. Na sam koniec pomalowałam fioletowym lakierem (Golden Rose Rich Color 32). I tak wyszedł nieźle, bo wykonywałam go po rozpoczęciu roku szkolnego, a przypominam, że owego dnia ciągle ryczałam. Na tę chwile nie planuję robić dla siebie kolejnych z kilku powodów:
w telefonie psuje się gniazdo na słuchawki
w mej chujowej szkole jest zakaz używania telefonów, a także ich trzymania w ręku, więc nijak mogę się tym pochwalić
jak bym się wkręciła, to od razu chyba z 5 bym zrobiła
Doszłam do wniosku, że za 7 zł mogę zrobić dla jakiegoś znajomego. Zawsze to parę groszy więcej, ja będę zadowolona i ten ktoś również, ale pytanie, czy w ogóle znajdą się amatorzy? xD






  • awatar Dysocjacja: Pomysł fajny, ale nad wykonaniem trzeba by było jeszcze popracować, bo nie wygląda najlepiej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W sumie to nic mi się nie chce. Nie mam ochoty na nic. I to wyjaśnia te ciągłe braki we wpisach. Mam ogólny wkurw. Niech mnie ktoś zabierze z tej szkoły. Z tego życia. Tyle mam do powiedzenia.

Po tym jakże dramatycznym wstępie, przechodzimy do rysunku, który skończyłam rysować 29 sierpnia. Przypomniało mi się, jak bardzo lubiłam rysować włosy. Mają taką prostą filozofie stawania tysiąca krótkich kresek: jedna przy drugiej, tylko niektórzy się boją je rysować, bo nie wiadomo od czego zacząć. Dodatkowo to włosy się zostawia na sam koniec, aby nimi skorygować ewentualne błędy przy kształcie twarzy. No, a jak przychodzi co do czego, to ten ostatni szczegół chce się najszybciej skończyć. Jak zwykle różnie się trochę i zamiast rysować tysiące oczu, to ja planuję rysować włosy. Wybrałam jakieś ładne zdjęcie z Instagrama i potem na swoim koncie zataguję. Korzyść będzie obustronna.
Musiałam wybrać sobie coś tęczowego i padło na ładnie ułożony, luźno dobierany warkocz. Pierwszy raz wykonywałam włosy kredkami i pierwszy raz na szarym papierze. Ciągle jestem zdziwiona jakością co do ceny kredek ZAMEK. Jeśli chodzi o zdjęcie: widać trochę, że papier się odrobinę pofalował, a kolory są delikatnie przygaszone, bo w czasie wykonywania zdjęć światło miało wręcz szarawą, jeśli mogę tak określić, barwę. W rzeczywistości kolory są ciutkę mocniejsze. no i uważam, że skóra wyszła także przyjemnie dla oka, choć zauważyłam, że na zdjęciu jest bardziej żółta i ma mocniejszy kontrast. Dodam także, że rysunek się trochę podgiął na rogach, więc ta perspektywa jest zmieniona.


  • awatar Dysocjacja: Kocham rysować włosy, zawsze przykładam do nich największą uwagę w pracy. I robię kompletnie na odwrót- czasami jak najszybciej bazgrolę twarz, żeby w końcu się zająć włosami. Efekt nie jest zbyt ładny, ale wszystkiego trzeba się nauczyć.
  • awatar ` Niezależna od innych <3: Ojej ;) cuudowny rysunek ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Tak, w końcu obejrzałam W.I.T.C.H. Nie mam na myśli tego, że minęło mnóstwo czasu pomiędzy rozpoczęciem oglądania, a skończeniem, tylko fakt, że dopiero w wieku 16 lat spełniłam moje marzenie. Już tłumaczę. Jak byłam w wieku przystosowanym do oglądania tego typu bajek, to moi starzy, nie wiedzieć czemu, pozwalali mi tylko na Winx. Winx to ciągle moja miłość, ale W.I.T.C.H. owiewał niedosyt po jednym ocinku. Jakoś nie za bardzo opłacało się na siłę przekonywać, ponieważ moi starzy to jacyś dziwni ludzie i np. za oglądanie CN dostawałam szlaban
Oki. Dygresja początkowa zaliczona, to dalej. Wychowana na Winx, uważałam W.I.T.C.H. za kopię, no bo 5 dziewczyn, mające zdolność przemieniania się? I to podobieństwo np. Cornelii i Stelii czy Will i Bloom, ale szybko dotarło do mnie, iż to jedynie drobne podobieństwa, bo fabuła jest zupełnie inna. I twórcy nie wdawali się w niesamowitą ilość odcinków, tylko zamknęli historię na 2 sezonach po 26 odcinków. Ogółem tytuł to akronim od Will, Irma, Taranee, Cornelia, Hai Lin, co uważam już za początkowy przejaw kreatywności twórców. Nie cyrtolili się ze wstępem, tylko akcję zaczęli od razu. Powyższe bohaterki dowiaduja się, ze są Strażniczakami Sieci. Postaram się nie operowac nazwami krain, bo nie widzę w tym sensu (mogę jeszcze zostać posądzona o za dużo spoilerów) Każda dostała jeden żywioł w swoje panowanie. Cornelia-ziemię, Irma-wodę, Hai Lin-powietrze, Taranee-ogień. Z Will to sprawa była dziwna-miała pieczę nad sercem i bez niej strażniczki nie mogły się połączyć. Dopiero w drugim sezonie nazywała siebie kwintesencją i dostała elektryczność. Muszę przyznać, że bardzo lubię wątek żywiołów. Sam proces przemiony jednak był słaby. Szybki (plus), ale słaby-stroje były od kompletu, w tej samej tonacji i siłą rzeczy Winx pod tym względem wypadał o niebo lepiej. Choć muszę zaznaczyć, iż klimat był utrzymany w mroczniejszych kolorach-przygaszonych, więc mogę odpuścić. Dochodzę do punktu dwóch najbardziej irytujących postaci, odgrywających główne role- obie sa małolatami i obie blondynkami.
Elyon-osoba wnerwiająca, koleżanka Cornelii, okazała się królową i jako jedyna była w stanie pokonać swego brata, Phobosa. Zrobiła to koniec końców, ale jej głupota i nabieranie się na te wszystkie iluzje doprowadzało mnie chwilami do szału? No za dużo powiedziane, ale każdy zrozumie.
Lilian-siostra Conelii, w drugim sezonie okazało się, że jest sercem ziemi o niewyobrażalnej mocy i głupocie (na 8-latka to nie nowość). W każdym razie wszystko dobrze się skończyło, bo doświadczeni bohaterowie zażegnali kryzys.
Jeszcze z postaci, zasługujacych na pewną wzmiankę był Caleb, jeden z buntowników, chłopak Cornelii (no wszystko się wokół niej kręci), czego nie potrafię pojąć, ale i tak w końcu każda dziewczyna miała swojego Romea.
Blank: dziwny, ale go nawet polubiłam, czasami wkurzał, no ale się rak starał i miał taki charakter, że no nie dało się nie polubić.
Matt-chłopak Will. Bardzo spodobał mi się jego wątek w drugim sezonie. W ogóle uważam, że tak do siebie pasowali, uhh. I jeszcze ta romantyczna piosenka.
Będąc przy drugim sezonie, muszę wspomnieć o Clarissie, głównej bohaterce antagonistycznej. Oczywiście jej nie lubiłam, ale była znacznie ciekawszą postacią od Phobosa-intrygującą, ciekawie myślącą. Phobos był niszowy, przewidywalny, a Clarissa dużo ciekawsza. Z tego można wywnioskować, że drugi sezon podobał mi się o wiele bardziej.
Oprócz Matta i Will, polubiłam Hai Lin. Była taka sympatyczna, ciągle śmiejąca się, pomocna, wrażliwa. Postać potrzebna, aby nadać takiej sympatii. No, a jak już w ogóle poznała tego swojego chłopaka, to cieszłam się razem z nia.
Kreska przyjemna, w miarę szczegółowa, ładna, ale i tajemnicza przez te przydymione kolory, a jeśli chodzi o muzykę... Zwykła, nie wybijała się, jak np. Z Death Notea.
Niemniej polecam bardzo, mega odskocznia i nie można tej produkcji umniejszać. Spędziłam miło czas i to się liczy. a w planach mam narysowanie tych postaci, więc jeśli masz namiar na fajne grafiki, to zapraszam, zapraszam.
 

 
Możemy uznać, że to druga część z ostatniego dnia wakacji, bo oczywiście wszystkie plany mi pokrzyżowało i nie mam pojęcia, kiedy pomaluję sobie kolejny raz, bo nie mogę. a na razie wykorzystuję czas na odświeżenie paznokci: ścięłam je, bo mi top od GR zniszczył.
Najpierw moja kochana baza od Maybelline. Potem warstwa białego (GR, Rich Color 76), jakby zechciało mi coś przeświecić. Następnie spróbowałam marbling na letniej wodzie z czarnego oraz fioletowego (GR Color Expert 60 i 37). Połączenie super, ale bardziej na ombre lub na mocno odcinający się marbling. I dlatego prawa ręka wyszła lepiej niż lewa. Żeby trochę podratować sytuację dodałam parę kropeczek srebrnym (GR Rich Color 20). A na sam koniec poszedł Top od Maybelline, który jest lepszy od GR, ale ma swoją jedną niedoróbkę: długo jest taki "nie do końca" utwardzony.
Trudno paznokci przez długi czas nie będzie. Jak kogoś wkurzały te wpisy, to może się ucieszyć


 

 
Nigdy wcześniej nie czułam się tak ciężko. Po prostu jakbym mogła oddychać tylko do połowy i nie dotleniam przez to właściwie wszystkich moich narządów.
To były na zmianę złość i łzy. Bezradność i pobudzenie. Jeszcze nigdy tak nienawidziłam szkoły. Tylko w środę i wczoraj się opanowałam. Mam ogromne tyły z niemieckiego. Nie mam pojęcia z czym się je czas przeszły (a ja się systematycznie uczyłam niemieckiego), wylądowałam w gorszej grupie z niemieckiego. Popadłam w frustrację przez fakt, iż będąc na poszerzonym angielskim nie mam przewagi nad innymi, będącymi na "normie". Ryczałam przez strach przed przyszłością. Dobra, mogę wypisać jakieś plusy:
nie musimy nosić krawatów
jestem prawie najlepsza z w-fu (nwm jakim CUDEM)
mogę se notować, jak mi się żywnie podoba
mam zajebistą nauczycielkę od fizyki
obiady na stołówce są dobre (wczoraj miałam PIEROGI Z SEREM na słodko po raz pierwszy raz)
Ale i to jakoś nie pomaga mi. Nie mam motywacji, celu, rządzi mną strach. I nigdy w mojej edukacji nie byłam sobą tak załamana. Nigdy nie straciłam tyle siły. Problem leży we mnie, ale ja tego nie zmienię. Nie dam rady. Potrzebuję na wszystko dużo więcej czasu, przez co nie pasuję do tej społeczności. To nie jest tak, że oceniam kogoś przez pryzmat ocen-uważam nawet, że osoby z niższą średnią ocen są inteligentniejsze, lepiej rozumieją. Tu chodzi o to, że tracę właśnie coś, czym się szczyciłam, czym dowartościowywałam siebie. Teraz nagle stałam się obojętna, 3 wystarczą. Jak to się stało? Przecież zawsze musiało być minimum 5. Nie poznaję siebie. Staję się słaba. A tracąc siły na naukę, tracę też wyniki-nic sobą nie reprezentuję, bo nikt nie potrafi zrozumieć introwertyków-wolę siedzieć sama, spędzać czas sama, nienawidzę zmian, czuję się bezpieczniejsza w moim pokoju, inni ludzie mnie drażnią (A., W. to na pewno nie o Was). Teraz czuję się dobrze, ale ciarki mnie przechodzą na myśl o kolejnym tygodniu szkolnym. Jak nagrodziłam siebie za W OGÓLE przeżycie tego tygodnia? Kupiłam wszystkie smaki Góralków. A jutro mam zamiar oglądać Harrego Pottera i Kamień Filozoficzny. Postaram się ponadrabiać wpisy. Idę odpoczywać. Mam właśnie plan co tydzień w piątek, za przeżycie kolejnego tygodnia dawać sobie nagrodę: coś sobie kupić. To nie jest dobre, ale chyba zaczynam być obojętna.
Obiecuję, że kolejne wpisy będą bez zbędnego odkrywania swojego wnętrza.
 

 
Było to tylko niecałe 2 godziny, po których zaczęłam przeżywać psychiczne piekło.
Doba zaczęła się od koszmaru: pani od historii, robiącą kartkówkę z fizyki, której nie potrafiłam rozwiązać. Tak wyglądają moje koszmary. Potem nie było źle, bowiem obudziłam się o normalnej porze: 8 z kilkoma minutami, anie przed 7, jak zapowiadali rodzice. Potem się przygotowałam, ubrałam podarte jeansy (jaka rebel xD) i białą koszulę. Na to narzuciłam wiśniową kurteczkę, bo oczywiście pogoda musiała się spieprzyć. Przed wyjściem porobiłam kilka rzeczy, aby odciągnąć moje myśli od nowej szkoły (przypominam, że jestem dopiero od kilku godzin pełnoprawną licealistką). No i poszłam, a właściwie zawiózł mnie ojciec. Rozpoczęcie roku zaczynało się od Mszy, bo to szkoła katolicka z podstawówką, gimnazjum i liceum. Pozwolę sobie również dodać, aby w miarę zachować spójność wypowiedzi, że:
nie mogę malować paznokci
ogólnie nie mogę się malować
muszę nosić niebieskie koszule
prawdopodobnie będę musiała również krawat
I tam będą jeszcze inne duperele. To zobaczę jutro. W każdym razie, zanim przekroczyłam próg szkoły, to musiałam się w ogóle dowiedzieć, czy idę do kościoła, czy co. Na moje resztki szczęścia przed drzwiami stały nauczycielki i w tym nowa wychowawczyni, z którą już poszłam w docelowe miejsce. Tam ogółem zostałam powierzona w opiekę dwóm chłopakom (nie pamiętam, jak mieli na imię, ani nawet jak wyglądali). Potem przysiadłam obok mojej nowej klasy. No i tak Msza przeszła. Nie mogłam się na niej skupić. No i po jej skończeniu,przeszliśmy do klasy. I kurwa czułam się tak głupio. W klasie umieścili 34 osoby. 31 się już znało (dlatego szkoła nie uczestniczyła w normalnym naborze), więc jest oczywistym, że zostałam odepchnięta. I druga część tego zakończenia: niecała godzina z wychowawczynią, która mnie przeraziła: prace klasowe, że to nie jest gimnazjum i w ogóle. Niby rzeczy oczywiste, ale mnie to przeraziło do tego stopnia, że po powrocie do domu zaczęłam ryczeć. I w sumie ciągle ryczę, a to dopiero rozpoczęcie. Może to jeszcze wina jutrzejszych 8 godzin lekcyjnych, może wina zapowiedzianej autoprezentacji w piątek, może czegoś innego, ale ryczę. Tak cholernie się boję, że nie dam sobie rady, że zawalę i ogólnie nie przypadła mi do gustu ta szkoła. nie mam w sumie na nic siły. Ledwo przeczytałam kilka rozdziałów sherlocka. Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Prawdopodobnie kolejny wpis tego typu pojawi się pod koniec tygodnia, bo chyba teraz nie dam rady, a dodatkowo mam wrażenie, że będę miała efekt deja vu.
  • awatar Naomi ∞: Wierzę w ciebie.
  • awatar ` Niezależna od innych <3: Początki są ciężkie.. Znam to z doświadczenia.. Ale myślę, ze z czasem wdrożysz się w klasę i jakoś samo pójdzie. I nie płacz więcej ;)szkoda marnować czasu na łzy..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
*wpis pochodzi z kilku dni wstecz i jest on na postawie moich zapisków*
Nareszcie wróciłam do domu i mogę szczerze powiedzieć, że się z tego niesamowicie się cieszę, choć pragnę zaznaczyć, że jednocześnie targają mną negatywne uczucia, związane z nowym rokiem szkolnym.
Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego uważałam ten tydzień za niewygodny zły i ogólnie beznadziejny. Przecież wi-fi było, miękkie łóżko było, a ze sobą zabrałam tysiące duperelek. Nosz ideaolo. A jednak. Rodzice solą w moim oku i ich ciągłe wietrzenie, a potem zabijanie tego paskudztwa, co zwie się komar. Niemniej pragnę zaznaczyć, że mnie ani jeden ten stawonogi diabeł nie ugryzł. Najbardziej pokąsał mamę (pewnie przez grupę krwi 0), a potem tatę, czyli dwie osoby, które chciały się pół nocy wietrzyć, ale na szczęście przez ostatnie kilka dni padało, a okno pod skosem w tym wypadku nie przyczyniało się do lepszego wietrzenia. No i akurat ten czas należał do lepszych, bo i tak byliśmy na siebie, delikatnie mówiąc, wkurzeni. Tak czy siak wyjazd się skończył, a ja wróciłam do chaty, w której trzeba sporo rzeczy jeszcze zrobić, zanim pójdę spać. W dodatku jutro przychodzi gościu od remontu i wykańcza. JESZCZE. Jakby tego było mało, to przychodzi na 7. A moje zakończenie rozpoczyna się o 11. Dlaczego?! Mogę doliczyć, że jeszcze nie pomaluję sobie paznokci (OSTATNI raz, bo w tej budzie nie można). Jestem zmęczona, niewyrobiona, zła. Planowałam dzisiaj 3 wpisy, aby uczcić ostatni dzień wakacji, ale jest to niemożliwe, bo ekhm... ja jeszcze internetu nie mam podłączonego, a bez netu raczej gówno zrobię. (((
Ojjjj słabo, słabo. Zawsze sobie w takich momentach wracam o kilka lat wstecz i myślę o tym, jak było nie do pomyślenia przeze mnie, że takie rzeczy mogą się dziać. Z każdym rokiem coraz gorzej. A ja narzekałam na egzaminy gimnazjalne.
Może jeszcze o korytarzu (skoro kosztował tyle nerwów i hajsu, to dobrze by było o nim kilka słów również wspomnieć). Wcześniej wszystko pokrywała boazeria i gdyby nie fakt, iż zabierała kilka cm i przyciemnia korytarz bez okien, to uparcie bym trzymała się zdania, że daje super klimat i jest ładna. W każdym razie mamy biały sufit ze ścianami pomalowanymi na zgaszony jasnozielony. Na podłodze: również drewno: mozaika, pokryta zielonym dywanem, spoko wyglądała, kiedy było sucho, bo jak wchodziła wilgoć, to przypominała powciskane klocki. Zamiast tego: jasnobrązowe płytki z jasnobrązową fugą. No i panowie się przekuli przez podłogę, aby przeprowadzić kabel od internetu. I na razie tyle. Będą jeszcze przykręcane poręcze. Dobranoc.
 

 
No tak to już jest, że jak nie mam kompa i tej wygody, to piszę cały tekst w notatniku, potem go kopiuję, wklejam i uciekam ze strony, bo nie ma sensu czytać Twoich wpisów, kiedy nie mogę kliknąć w lubię to, o komentarzu nie wspominając. Tak, nie mogąc wstawić żadnych zdjęć (a mam już jedne paznokci i rysunek-ładny) pozostaje mi opisać jak tam u mnie. Wspominałam, że nienawidzę wyjeżdżać i już wiem z czym problem. Mianowicie ze współlokatorami-potrzebuję osoby (jednej), która będzie nadawała na tych samych falach co ja, aby bycie w jednym pomieszczeniu nie przeszkadzało. Bowiem jak byłam z osobami w moim wieku było źle: one szły spać późno, gadały, ja już chciałam spać. Jak ja wstawałam, one spały. No nie dało się. A teraz, jak jestem z rodzicami to jest równie beznadziejnie. Chcę iść później spać, trochę jeszcze pokorzystać z telefonu, to oni pieprzą, że mam gasić. Boszz... Tyle z wakacji. Chcę sobie pospać do 7.30, to mnie budzą o 6.30. Jak tu żyć? I najgorsze. Muszą się wietrzyć całą dobę, a potem cholerne komary mi latają i muszę je zabijać >.< Jasne, i wychodzi że to ja to ta zła, egoistka i bla bla. Prrr... Już mi w sumie obojętnie XD
No bo pokój bomba. Jest spadziasty dach, który daje niesamowity efekt, ale o który co chwilę się uderzam xD. Wykładzina nadająca się do ćwiczeń (nie lubię ćwiczyć, ale krata musi być). Łóżko wygodne, dwie poduszki, kołdra, dająca za dużo ciepła. 3 krzesła i stoliczek, z którego jestem niezmiernie zadowolona, bo mogę rysować. W ogóle pani taka miła i jak ją poprosiliśmy, to dała lampkę, fotel. Z luksusów to dobrze działający, nieszumiący telewizor na stole, gdzie można coś dodatkowo pokłaść. I aneks kuchenny ^^ lodóweczka z zamrażarką, zlewozmywak, wiadro na śmieci, półeczki, garnki, naczynia i kuchenka. Idealnie. No i jest wi-fi!!! Bez problemów żadnych. Śmiga, nie przerywa. Szafa i łazienka zadowalająca. Czysto. Minusy: mało kontaktów, i łazienka ciutkę nieprzemyślana. Zdjęcia może będą, może nie, zobaczę, a na tę chwilę kończę.
  • awatar dystymia: "Pospać" do 7: 30? Przecież to jest środek nocy!
  • awatar ` Niezależna od innych <3 .: Nie przejmuj się tymi komentarzami i polubieniami, chyba najważniejsze, ze jednak jesteś i towarzysz nam, mimo, ze Cię nie widać ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie jestem pewna, czy brak internetu w kompie, czy może moje lenistwo spowodowało, że wpis nie pojawił się 25 sierpnia, bo wtedy zaczęłam skrobać bloga i już 3 rok lecimy. No cóż, nawet ciasta sobie z tej okazji nie kupiłam. Nie jestem również przekonana, czy akompaniamenty latającego komara oraz wizja (bo atmosferą tego nazwać nie można-najzwyczajniej jej nie czuję) wyjazdu nie wpłyną na ten wpis, ale spróbujmy.
Jak wspominałam, o prawdopodobnej recenzji w poprzednim poście, tak teraz się to stało się już przedmiotem mojej uwagi. Na tak "wyjątkowy" dzień, należy zrecenzować coś równie "wyjątkowego". No to padło na moje pierwsze obejrzane anime, które jednocześnie jest chyba najpopularniejszą pozycją, gdyż kojarzę Death Note z większości portali internetowych. Przewijało się przez Fb, howrse, a ja nie miałam pojęcia, o czym piszą. Wkurzało mnie to. Najpierw od koleżanki dostałam zdjęcia 1 części mangi, ale potem nie chciało mi się czekać na kolejne, więc odnalazłam odcinki w necie z lektorem (japońskiego nie kumam, a ja słucham, ponieważ zawsze rysuję, jak "oglądam". Po pierwszym odcinku stwierdziłam, że nie warto szukać mangi, bo anime to prawie kropka w kropkę to samo. To jak historia załatwiona, to możemy przejść do krótkiej opinii.
Na pewno przez Death Note nie nabawiłam się jakiejś fobii przeciwko japońskim bajeczkom. Nie wiedzieć czemu, baza, jaką był notes z mocą zabijania ludzi, wydał mi się skądś znany, ale szybko zapomniałam tej myśli, kiedy zobaczyłam Raito. No nie powiem, przystojny, inteligentny, mądry. Czego kobieta może chcieć więcej od głównego bohatera? A przynajmniej ja? Ale już postaram się nie rozwodzić nad głównym bohaterem i jego "opiekunem" Ryukiem, tylko przejdę do sedna. Niesamowitym atutem był pokazany proces logicznego myślenia, aby osiągnąć swój cel, lecz w tym wypadku chłopakowi zależało na zabiciu wszystkich złych ludzi, co neutralizowało ten atut. Bo zastanówmy się. Czy ktokolwiek ma prawo do władzy nad decydowaniem, kto ma żyć, a kto nie? Przecież to Nie jest wolność. Swoją wolnością, nie wolno odbierać czyjejś wolności. I w tej chwili stwierdziłam, że granica dobra i zła została zatarta, a co za tym idzie, zrozumiałam, dlaczego rodzice zabronili mi oglądać japońskie produkcje Oczywiście policja szybko odkryła, że nie może być zbiegiem okoliczności, że więźniowie umierają na zawał serca (bo nasz Raito, odniosłam wrażenie, że był trochę leniwy-albo coś przegapiłam) no i zatrudnili "L", czyli detektywa nad detektywów. Z tym, że potem się okazało, że był on w wieku Raito. Szybko zorientował się, że morderca potrzebuje znać imię, nazwisko i twarz ofiary. No i muszę przyznać: pierwsza połowa odcinków cud miód, tyle zwrotów akcji, planów i kontraplanów, Kira "dołącza" do L, chce zmienić trop, że to nie on, aż w końcu dopina swego i zabija L. Moja reakcja: no ok, ale co potem? Potem intrygujące anime zmieniło się w jakiś "film" akcji, a L zastąpił ktoś, którego imienia nie potrafię zapamiętać. W każdym razie był tego niegodzien. Oglądałam dalej tylko dlatego, że chciałam poznać to słabe zakończenie i w sumie żałuję, że poznałam. Zabili mi Raito!!! No co za ludzie. Myślałam, że dadzą mu szansę, a on się zmieni. Pfff... Nic z tych rzeczy, a Ryuk go potem wpisał w notatnik. Jaki zawód
Niemniej kreska jest prześliczna, a muzyka dobrana fantastycznie. Ogólnie polecam, ale nie nadaje dla młodszej widowni, bo o ile L jest uosobieniem dobra, o tyle na temat Raito można długo polemizować.
 

 
Może na wstępie powiem, że wróciły mi pomysły na rysunek i odkryłam na co mam ochotę. W sumie mogę się podzielić, bo to nic odkrywczego. W pierwszej kolejności: włosy, kolorowe, w jakiś skomplikowanych upięciach. Tego na Instagramie jest tyle, że bez problemu znalazłam dwie fryzury w minutę. W drugiej: kamienie szlachetne: szafiry, szmaragdy, topazy, aleksandryty, akwamaryny ... Całą kolekcję najchętniej. Potem mam dwa rysunki dziewczyn, znalezionej w aplikacji z tapetami. Jeszcze na szarym końcu portret jakiegoś przystojnego, młodego aktora xD i rysunek jakiejś babeczki, ponieważ potrzebuję. No i ogółem to wszystko spoko,tylko za chwilę będę miała odcięte źródło internetu w komputerze, więc czuję się n i e k o m f o r t o w o. Nie jestem uzależniona, bo bez problemu znajdę sobie inne zajęcie, ale jednak to nie jest przyjemne. Ale jakieś paczki internetu mam, więc prawdopodobnie wpis będzie. I prawdopodobnie to będzie recenzja. Rysunki i paznokcie pojawią się, jak przyjadę, bo Pinger nie naprawił się sam z siebie i muszę to wszystko zmniejszać.
I teraz do głównego tematu. Odkąd pamiętam, we wszystkich podręcznikach polecano gumki chlebowe.

To takie, które można formować, przypominają plastelinę i wszystko by było super, gdyby nie to, że bardzo szybko się odkształcają i praca nimi staje się irytująca. No i należy zauważyć, że średnio dają sobie radę z wymazywaniem czegokolwiek, zaznaczaniem włosów, futerka. A, i jeszcze strasznie się brudzi i przyjmuje wszelkiego rodzaju obierki, okruchy. Wszystko. Jak zwykła plastelina. Cyba, że zainwestuje się od fc, bo one, jako jedyne mają pojemniczek.

Dlatego gumka w drewnie, to najlepszy wynalazek. Polecam z koh-i-noor. Jest najtańsza, spęłnia swoją rolę i jedyną wadą jest łamliwość drewna. Co jakiś czas się to niestety zdarza. Z mojego punktu widzenia do wad mogę zaliczyć okrągły kształt przekroju: nienawidzę go.



No, ale zalety: twarda, stabilna, wygodna i nie trzeba jej formować. Jest wykonana bardzo dobrze jakościowo: nie drapie papieru, nie zużywa się szybko, farfocle są w ilości do zniesienia. Łatwo ją zaostrzyć w szpic na każdym ostrzytku. Bardzo precyzyjna, dobrze radzi sobie nawet z kredkami. Nie brudzi się. Same zalety. Nie będę kupowała chlebowej, bo eee.... w porównaniu do tej, to jest nieprzydatna.
  • awatar Panna Clarke ♥: Nie mogę doczekać sie rysunku przystojnego aktora,Haha :P Co do gumki Chlebowej to sie zgodzę,jest straszna. Nawet na mnie,kiedy ja za duzo nie rysuję,to jest strasznie wkurzająca..
  • awatar Millscape: @dystymia: Ja często zamawiam przez internet. W szczególności, kiedy przesyłkajest za darmo i je uzuełniam. ;)
  • awatar dystymia: Dla mnie jedyna wada jest taka, że tej gumki w drewnie NIGDZIE NIE MA. Nawet w najlepszych sklepach plastycznych i to jeszcze we Wrocławiu, mieście artystów. Ja już się poddaję po tym, jak dzisiaj usłyszałam kolejne "nie posiadamy". Poradzę sobie bez niej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
W sumie, to rysunek jest tylko dodatkiem, bo tak naprawdę chyba coś innego chodzi mi po głowie. Mianowicie kasa. Tak mi teraz odbija, że chciałabym zarabiać, że nie wiem w jakie gówno wdepnę w internecie. Pojawiają się co chwila nowe obiekty westchnień, ale nie będę prosić o hajs rodziców, bo stracili już tak dużo. A mój mózg trochę wariuje. Pomysł na rysunek jakiś się pojawia, więc jest dobrze, tylko szkoda, że tak późno. Na razie zadowalam się jakimiś przyjemnymi i prostymi w wykonaniu rysunkami. I przy okazji się śmieję, jak by taki człowiek wyglądał w rzeczywistości. I się cieszę sporą aktywnością w komentarzach Jutro planuję cały dzień siedzieć przy komputerze, a dzisiejszy wieczór spędzić przy PSP. Co do bazgrołka: format A5, znienawidzone mondeluzy, cienkopis stabilo i biały żelopis Pentel.
  • awatar Brunette Variable: masz talent ;)
  • awatar Millscape: @` Niezależna od innych <3 . Dlatego na razie postaram się nic nie zrobić w tym kierunku, bo jak się uwezmę, to może być więcej szkody ;) : @Cytussyy45: Dokładnie!
  • awatar ` Niezależna od innych <3 .: W Internecie trzeba być ostrożnym ;) wiec zanim podejmiesz jakaś poważna decyzje zastanów się dwa razy ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Tak, to planowałam napisać taki mały poradnik od pewnego czasu. W sumie, to odkąd nauczyłam się to robić. W szczególności dla siebie, ponieważ ja szybko zapominam i nie korzystam z pamięci długotrwałej. Ale prawdopodobnie przyda się to każdemu, kto takowe PSP posiada i chcę rozszerzyć zasób gier.

Najpierw jest potrzebna karta pamięci, co chyba jest oczywiste. Dodam, że teraz już nie sprzedają, ale prawdopodobnie zakupił ją każdy, wraz ze sprzętem, na zapas. Przed wszystkim należy również zainstalować program do odpakowania plików. U mnie już był zainstalowany 7Zip.
http://7-zip.org.pl/

Potem należy przerobić nasze PSP. Po to, aby można było korzystać z tej karty pamięci.
Najpierw należy sprawdzić software w informacjach systemowych. U mnie jest to 6.60, więc podlinkuję na ten soft. Jeśli masz inny, to z pewnością znajdziesz
http://www.mediafire.com/file/5177tprv256xzib/PSP+6.60.rar
Potem rozpakowujemy plik, aby odszukać dwa foldery:
*fast recovery
*proupdate
Które kopiujemy do folderu GAME, znajdującego się w folderze PSP. ( na konsoli) I wszystko odłączamy. Nareszcie przechodzimy na konsolę. Wchodzimy w memory stick. Potem zatwierdzamy proupdate. I w sumie to tyle. Z fast recovery korzystam, kiedy konsola się wyłączy lub nagle gry poznikają.


Ściąganie gier jest banalne. Wchodzimy na tę stronę. To jedyna, która mnie zadowala:
https://www.emuparadise.me
Gry wyszukujemy, zwracając uwagę, aby to był plik ISO i przeznaczony na PSP. Pobieramy, a w międzyczasie, możemy utworzyć folder ISO, obok folderu PSP i zainstalować Daemon Tools Lite, aby obraz się nie knocił.
http://www.instalki.pl/programy/download/Windows/emulatory_napedow/DAEMON_Tools_Lite.html
Coś tam powłączałam i zaczął działać.
Potem rozpakowujemy pobrany plik do momentu, aż odnajdziemy aplikację ISO, a na miniaturce będzie miniaturka Daemon. Potem przenosimy do folderu ISO na PSP. Odłączamy i odszukujemy grę na karcie pamięci. Gotowe.
  • awatar dystymia: Eee...co? Jaskiniowiec nie rozumieć nowoczesna technologia.
  • awatar Find Your Soul: Fajny poradnik .Na pewno przyda się wielu osobom ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›